Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 12
była powinność z jej strony, a łaska nadzwyczajna. Kłaniając się do nóg wielmożnej pani, jeszcze błagał, ażeby nie troszczyła się zbyt o skrupulatną upłatę rat, na którą przystał od razu, i tylko siebie i córkę polecając jej łasce, dał do zrozumienia, że — aby tylko chciał jej synalek, a ona zezwoliła — gotów by zaraz oddać mu Marcysię. Odpowiedziano delikatnie, że jeszcze za młody, nie ma ustalonego położenia i że dla samego dobra Marcysi wypada koniecznie poczekać. Wydało się to kowalowi nader uczciwie i roztropnie i chociaż go niecierpliwiła zwłoka, tym więcej powziął szacunku dla łaskawej pani.
„Zubożawszy — myślał — wolała oto wziąść się po prostu do pracy niż zamieszkać natychmiast u dzieci i żyć spokojnie."
Zgodziłby się na odbiór połowy długu, trzeciej części, może nawet poprzestałby tylko na tym tysiącu złotych, gdyby postanowienie Marcychny odbyć się mogło co najrychlej.
Fury wywiozły gratki i graciki, Kontrolerowa wsiadła do dorożki, Maciuś w sklepiku Fidrykowej, podskoczywszy z radości, palnął ciemieniem w pułap, aż wszystkie trumny zatrzeszczały i trumniarka wniebogłosy wrzasnęła. Kum Szczepan przyłożył kułaka Jakubowej, gwałtem dopominającej się na piwo za znoszenie rzeczy, a Marcysia łzami rozczulenia oblewała jej ręce i w duchu złorzeczyła Pawłowi za to rozstanie, które się jej najgorszą wróżbą wydało.
Póki matka mieszkała, Marcelek dosyć regularnie przychodził na lekcje; jak się tylko wyprowadziła, odechciało się mu chodzić tak daleko, chociaż przezorna Kontrolerowa prosiła go o to najwyraźniej. Ale od czasu przegrania procesu synalek, któremu parę razy odmówiono zasiłku, nie chciał być tak powolnym jak wprzódy dla szanownej życiodawczyni i nawet