Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 13
w obcowaniu z nią ciężyły mu coraz bardziej ustawiczne rady i przestrogi macierzyńskie.
Coraz więc smutniej było u kowala w izdebce pobielanej, z okienkiem wychodzącym na Wisłę. Ile razy kanarek, którego na pamiątkę Marcysi darowała Gulmańcewiczowa, zaszczebiotał w klatce, ile razy spojrzała na Przygody Telemaka i gramatykę Szapsala,  skąd ani jednej reguły dobrze nie pamiętała, łzy stawały w oczach dziewczęcia.
— A Przenajświętsza Panno Sokalska, toć panienka chyba fipstułę masz w oczach. Kap, kap i kap! Toćże by już Wisła od nich wezbrała. I czego tu tak beczyć ustawicznie? — mówiła Jakubowa.
— Tydzień cały już nie przychodzi.
— Adyć tydzień to nie miesiąc, przenajsłodsze imię Jezu! Warszawa to nie bór przecie. Chce Marcychna, pójdę do niego, choćby i dziś. Może zasłabł, może wyjechał na kilka dni.
— Mam jakieś przeczucie, że dziś może przyjdzie.
C'est bon! To otrzejże panienka ślipki, Przenajświętsza Panno Sokalska!
Przeczucie nie zawiodło Marcysi, nie przyszedł nauczyciel, ale wiadomość o nim.
Wieczorem, o zmroku, weszła do izdebki jakaś kobieta w ciemnej salopie, w wełnianej chustce na głowie zapytując, czy mieszka tu jeszcze pani Gulmańcewicz. Kiedy jej Marcysia odpowiedziała, kobieta widząc, że tylko we dwie są w izbie, szepnęła nagle:
— Tylkom się zamówiła do Gulmańcewiczowej, a przyszłam wprost do samej panny przestrzec po przyjacielsku, żebyś nie wierzyła panu Marcelowi,