Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 14
który wiem, że tu u państwa bywa, a tak samo jak matka jego zwodzi was najniegodziwiej.
— Cóż też pani mówisz? — zawołała dziewczyna drżąc lękliwie przed nieznajomą, której wyraz każdy serce jej przeszywał, i z namiętnej jakiejś ciekawości, czego się więcej dowie.
— Pan Szczepaniak i panienka łudzicie się, że tu bywa w najuczciwszych zamiarach i że gotów się nawet ożenić... durzy was oszust nikczemny. U tych państwa, co go do nich wprowadził jego kuzyn Sarmiewicz, kocha się w jednej damie, której na imię Karolina. Widują go wieczorami po mieście z jakąś kobietą zawualowaną, pewno to z nią; może nawet swoim zwyczajem wyłudza pieniądze, a was tu nie ma za hetkę pętelkę. Prawda, że to prześliczna kobieta — ta dama, i nic dziwnego, że się może spodobać, ale co to za podłość kochać inną, a udawać przed inną, że kocha!...
— Nie wiem, co panią skłania do mówienia takich rzeczy przede mną... może złość jaka do państwa Gulmańcewiczów? Nie chcę wiedzieć o niczym i nie wierzę — rzekła Marcysia czując, jak jej mróz krąży koło serca.
— Znałam jeszcze nieboszczkę matkę panny, choć mnie panna nie pamiętasz, i przyszłam przestrzec po przyjacielsku... wolno wierzyć lub nie wierzyć. Damy te bywają zwykle na nabożeństwie w kościele u Karmelitów o jedenastej z rana, pan Marcel zawsze także o tej porze przychodzi i patrzy jak w obraz w tę swoją Karolinę. Możesz się panienka na własne oczy przekonać.
— Ale skąd pani znasz tak dobrze pana Marcela, wywiedziałaś się o tym i wtrącasz w nieswoje rzeczy? — zapytała Marcysia poczuwszy nagle w sobie gniew mimowolny. Wpatrując się w rysy kobiety,
— Cóż też pani mówisz? — zawołała dziewczyna drżąc lękliwie przed nieznajomą, której wyraz każdy serce jej przeszywał, i z namiętnej jakiejś ciekawości, czego się więcej dowie.
— Pan Szczepaniak i panienka łudzicie się, że tu bywa w najuczciwszych zamiarach i że gotów się nawet ożenić... durzy was oszust nikczemny. U tych państwa, co go do nich wprowadził jego kuzyn Sarmiewicz, kocha się w jednej damie, której na imię Karolina. Widują go wieczorami po mieście z jakąś kobietą zawualowaną, pewno to z nią; może nawet swoim zwyczajem wyłudza pieniądze, a was tu nie ma za hetkę pętelkę. Prawda, że to prześliczna kobieta — ta dama, i nic dziwnego, że się może spodobać, ale co to za podłość kochać inną, a udawać przed inną, że kocha!...
— Nie wiem, co panią skłania do mówienia takich rzeczy przede mną... może złość jaka do państwa Gulmańcewiczów? Nie chcę wiedzieć o niczym i nie wierzę — rzekła Marcysia czując, jak jej mróz krąży koło serca.
— Znałam jeszcze nieboszczkę matkę panny, choć mnie panna nie pamiętasz, i przyszłam przestrzec po przyjacielsku... wolno wierzyć lub nie wierzyć. Damy te bywają zwykle na nabożeństwie w kościele u Karmelitów o jedenastej z rana, pan Marcel zawsze także o tej porze przychodzi i patrzy jak w obraz w tę swoją Karolinę. Możesz się panienka na własne oczy przekonać.
— Ale skąd pani znasz tak dobrze pana Marcela, wywiedziałaś się o tym i wtrącasz w nieswoje rzeczy? — zapytała Marcysia poczuwszy nagle w sobie gniew mimowolny. Wpatrując się w rysy kobiety,
www.distill.pl