Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 15
których w mroku rozeznać nie mogła dokładnie, zawołała na Jakubowę.
— Za dobre zwykle złem płacą, mniejsza o to, żeś mi tak panna odpowiedziała... dobranoc!
— Nie puszczę pani, musisz mi powiedzieć, coś za jedna.
— Nic pannie z tego nie przyjdzie — odrzekła kobieta.
Wyrwawszy rękę kowalczance wybiegła do sieni.
— Jakubowa! świecy, goń, chwytaj! — zawołała Marcysia wybiegając za nią.
Znikła jak kamfora.
— A toż co? gore? czy co? — zapytała Fidrykowa wychodząc ze świecą do sieni.
— Jakaś kobieta zamówiła się do nas i może co ukradła.
— Nie, nie widziałam żadnej kobiety, Marcysiu! — odparła i wracając do sklepu, drzwi za sobą na klucz przymknęła.
— A to dziewczyna jak skra, ledwom się jej wyrwała! — rzekła Domicela, ostrożnie z warsztatu zaglądając do sklepu.
— Mówiłam pani, że by lepiej było, gdybym ja to wszystko jej dokumentnie powiedziała... co? Narażać się niepotrzebnie, takiej pani!
— Co tam za pani! — wtrąciła niby dobrodusznie Domicela.
— Nic nie sz-szkodzi, toć-że byś-byśmy tu krzywdy nie dali zrobić, a zawsze-ć pani to lepiej wyjęzy-zy-czyła — jąknął Maciuś podsuwając jej największą trumnę z całego zakładu zamiast stołka.
— Aby tylko dziewczyninie na dobre wyszło, aby sobie wybić mogła z głowy oszusta, który się po prostu z niej naigrawa, to każdego czasu, w jasny dzień, przy ludziach, to samo powtórzę. Znałam jej matkę,