Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 16
choć ona tego nie pamięta, mam więc obowiązek poniekąd.
— Ma się wie! Oj, ten ojciec Jakub. Jak on to wszystko wyszpera zaraz — co?
— A tak! powiadam państwu. W tym domu, gdzie jestem gospodynią, ojciec Jakub przychodzi po kweście i kiedyś zgadaliśmy się przypadkiem o małżeństwie Gulmańcewicza ze Szczepaniakówną... Aż mi się w głowie zawróciło na taką bezczelność!... Łotr kocha się w naszej pani, wieczorami jeździ dorożkami z jakąś kobietą i biedną dziewczynę śmie zwodzić jeszcze. Tego już za wiele, paniczu!... Bóg wam zapłać. Nie znając mnie wcale, uwierzyliście mi i dopomogli.
— Kto tylko od ojca-ca Ja-ku-kuba przy-cho-cho-dzi, to już z dobrem, a nie ze z-ze złem.
— A zresztą my tu wszyscy wiemy, że Gulmańcewicz i jego matka starego Szczepaniaka ino na muchę brali — co?
— Dziewczyna teraz się pogniewa, a potem będzie mnie błogosławić... Bądźcie zdrowi, poczciwa majstrowa, a jakby co zaszło jeszcze, to zgłoszę się tu do was: trzeba wyratować Marcysię!
— A i owszem... ile razy pani ino zechce.
— A to zu-zuch ja-kaś-kaś baba, niechże jej raj-raj-skie świece świe-świecą!
— Bóg wie, co to za czort, Maciusiu? Jak wczoraj wpadła, jak zaczęła pytlować, to jej zara szczerze powiedziałam wszystko, co wiem i jak mi się widzi. Dziś znowu wpadła jak z procy, piorunem oto. Możeśmy źle zrobili... co? Nużby się kum Szczepan dowiedział, że ode mnie poszła do Marcysi... co?
— Aby ino ten cia-ciarach nie ba-ła-łamucił Marcychny, to wszystko dobrze, i kwita! — odparł zamorusany Maciuś uśmiechając się białymi jak u Murzyna
— Ma się wie! Oj, ten ojciec Jakub. Jak on to wszystko wyszpera zaraz — co?
— A tak! powiadam państwu. W tym domu, gdzie jestem gospodynią, ojciec Jakub przychodzi po kweście i kiedyś zgadaliśmy się przypadkiem o małżeństwie Gulmańcewicza ze Szczepaniakówną... Aż mi się w głowie zawróciło na taką bezczelność!... Łotr kocha się w naszej pani, wieczorami jeździ dorożkami z jakąś kobietą i biedną dziewczynę śmie zwodzić jeszcze. Tego już za wiele, paniczu!... Bóg wam zapłać. Nie znając mnie wcale, uwierzyliście mi i dopomogli.
— Kto tylko od ojca-ca Ja-ku-kuba przy-cho-cho-dzi, to już z dobrem, a nie ze z-ze złem.
— A zresztą my tu wszyscy wiemy, że Gulmańcewicz i jego matka starego Szczepaniaka ino na muchę brali — co?
— Dziewczyna teraz się pogniewa, a potem będzie mnie błogosławić... Bądźcie zdrowi, poczciwa majstrowa, a jakby co zaszło jeszcze, to zgłoszę się tu do was: trzeba wyratować Marcysię!
— A i owszem... ile razy pani ino zechce.
— A to zu-zuch ja-kaś-kaś baba, niechże jej raj-raj-skie świece świe-świecą!
— Bóg wie, co to za czort, Maciusiu? Jak wczoraj wpadła, jak zaczęła pytlować, to jej zara szczerze powiedziałam wszystko, co wiem i jak mi się widzi. Dziś znowu wpadła jak z procy, piorunem oto. Możeśmy źle zrobili... co? Nużby się kum Szczepan dowiedział, że ode mnie poszła do Marcysi... co?
— Aby ino ten cia-ciarach nie ba-ła-łamucił Marcychny, to wszystko dobrze, i kwita! — odparł zamorusany Maciuś uśmiechając się białymi jak u Murzyna
www.distill.pl