Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 17
zębami do wdowy, która spoza trumien wydostawszy flaszeczkę, przepiła do niego sporą miarką.
„O... o paniczu, ze mną nie tak łatwa sprawa — mówiła sobie w myśli Domicela wziąwszy dorożkę na Nowym Mieście. — Nie tak, jak ty chcesz, ale tak, jak ja chcę, będziesz mi tańczył. Myślisz może, że ci pozwolę mizdrzyć się tam do jednej i do drugiej, ani będziesz wiedział, skąd bieda na cię spadnie, poczujesz ty moje pazurki, poczujesz dobrze!"
Na rogu Świętojerskiej i Freta kazała się zatrzymać dorożce, wyjrzała, klasnęła, ktoś stojący w sieni odklasnął i niebawem szczęśliwy synalek Barbary z Kalbfleischów, zbliżywszy się do dorożki, powitał czułym a dyskretnym wykrzyknikiem kuzynkę Kocia, swoję doradczynię i przyjaciółkę najlepszą.
Namęczywszy się i napłakawszy przez noc całą, wierząc i nie wierząc, Marcysia pobiegła jednak nazajutrz z Jakubową do kościoła Karmelitów i ukłuło ją coś w sercu, zoczywszy Marcelka kłaniającego się kobiecie tak pięknej, tak elegancko ubranej, że jeszcze nigdy w życiu nie widziała podobnej. Nagle chustka jednej upadła, Marcelek podniósł i włożył do mufki, leżącej na ławce. Duszno jej się zrobiło, chciałaby wyjść na świeże powietrze, coś ją więziło na miejscu; brzmiał organ, odprawiała się ofiara, chciała pomodlić się, a myśli zebrać nie mogła. Nareszcie kiedy ze łkaniem uchyliła czoła i smętna modlitwa jak pochylony kwiatek wykwitła z utrapionej duszy, nabożeństwo skończyło się właśnie, dwie piękne damy wstały i wychodziły, Marcel opodal za nimi. Obtarł się koło niej, koło Jakubowej, spojrzał i poznał niezawodnie, bo się aż cofnął, ale nagle odwróciwszy się wyszedł z kościoła. Widziała, jak im podawał rękę
„O... o paniczu, ze mną nie tak łatwa sprawa — mówiła sobie w myśli Domicela wziąwszy dorożkę na Nowym Mieście. — Nie tak, jak ty chcesz, ale tak, jak ja chcę, będziesz mi tańczył. Myślisz może, że ci pozwolę mizdrzyć się tam do jednej i do drugiej, ani będziesz wiedział, skąd bieda na cię spadnie, poczujesz ty moje pazurki, poczujesz dobrze!"
Na rogu Świętojerskiej i Freta kazała się zatrzymać dorożce, wyjrzała, klasnęła, ktoś stojący w sieni odklasnął i niebawem szczęśliwy synalek Barbary z Kalbfleischów, zbliżywszy się do dorożki, powitał czułym a dyskretnym wykrzyknikiem kuzynkę Kocia, swoję doradczynię i przyjaciółkę najlepszą.
Namęczywszy się i napłakawszy przez noc całą, wierząc i nie wierząc, Marcysia pobiegła jednak nazajutrz z Jakubową do kościoła Karmelitów i ukłuło ją coś w sercu, zoczywszy Marcelka kłaniającego się kobiecie tak pięknej, tak elegancko ubranej, że jeszcze nigdy w życiu nie widziała podobnej. Nagle chustka jednej upadła, Marcelek podniósł i włożył do mufki, leżącej na ławce. Duszno jej się zrobiło, chciałaby wyjść na świeże powietrze, coś ją więziło na miejscu; brzmiał organ, odprawiała się ofiara, chciała pomodlić się, a myśli zebrać nie mogła. Nareszcie kiedy ze łkaniem uchyliła czoła i smętna modlitwa jak pochylony kwiatek wykwitła z utrapionej duszy, nabożeństwo skończyło się właśnie, dwie piękne damy wstały i wychodziły, Marcel opodal za nimi. Obtarł się koło niej, koło Jakubowej, spojrzał i poznał niezawodnie, bo się aż cofnął, ale nagle odwróciwszy się wyszedł z kościoła. Widziała, jak im podawał rękę
www.distill.pl