Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 18
do pojazdu. Kolana chwiały się pod nią, mrok biegł na oczy, zawrót do głowy. Wtem schwytał ją ktoś za rękę i głos przenikliwy szepnął do ucha:
— A co? Prawda, że piękna? Widziałaś panna, jak jej włożył bielecik do mufki. Jeszcze w tych dniach dowiesz się więcej o tym nikczemniku.
Każdy z tych wyrazów jakby kropla ognista drażnił i ocucał dziewczynkę — odwróciła się, stała przy niej zawoalowana, młoda jeszcze i zdaje się przystojna, w przyzwoitym bardzo kapeluszu i salopie kobieta. Oczy błyskały spod ciemnego tiulu żółtozielonawym blaskiem, jak u kota.
— Nie martw się! On na to nie zasługuje, przekonasz się, podziękujesz mi potem! — dodała nagle i ścisnąwszy jej rękę zniknęła w tłumie.
Marcysia niby odurzona wróciła do domu i tak do wieczora chodziła jeszcze, męcząc się, łykając łzy, walcząc ze sobą; na noc położywszy się do łóżka, z rana się obudziła tak osłabioną, że już wstać nie mogła. Rozwinęła się niedobra gorączka, doktor niepokoił się, dziewczynina, niknąc w oczach, ciągle coś majaczała o Marcelu, a Marcela ani na oko. Nareszcie któregoś ranka kum Szczepan wsiadł do dorożki i niespodzianie wszedłszy do mieszkania Gulmańcewicza zastał go jeszcze w łóżku.
— A choroba, panie Marcinie łaskawy, czyś pan czasem aby nie chory? — zapytał troskliwie, patrząc zachwycony po stancyjce upstrzonej mnóstwem drobiazgów i na pozór wyglądającej prawie elegancko.
— A strzeżże mnie, Boże, czym zdrów! Toćże bym przyszedł na lekcje, kumie Szczepanie! — odparł Marcelek odgadując główny powód odwiedzin kowala — i zaczął udawać kaszel dosyć biegle.
— Mniejsza tam o lekcje, panie Marcinie, ale Mar-
— A co? Prawda, że piękna? Widziałaś panna, jak jej włożył bielecik do mufki. Jeszcze w tych dniach dowiesz się więcej o tym nikczemniku.
Każdy z tych wyrazów jakby kropla ognista drażnił i ocucał dziewczynkę — odwróciła się, stała przy niej zawoalowana, młoda jeszcze i zdaje się przystojna, w przyzwoitym bardzo kapeluszu i salopie kobieta. Oczy błyskały spod ciemnego tiulu żółtozielonawym blaskiem, jak u kota.
— Nie martw się! On na to nie zasługuje, przekonasz się, podziękujesz mi potem! — dodała nagle i ścisnąwszy jej rękę zniknęła w tłumie.
Marcysia niby odurzona wróciła do domu i tak do wieczora chodziła jeszcze, męcząc się, łykając łzy, walcząc ze sobą; na noc położywszy się do łóżka, z rana się obudziła tak osłabioną, że już wstać nie mogła. Rozwinęła się niedobra gorączka, doktor niepokoił się, dziewczynina, niknąc w oczach, ciągle coś majaczała o Marcelu, a Marcela ani na oko. Nareszcie któregoś ranka kum Szczepan wsiadł do dorożki i niespodzianie wszedłszy do mieszkania Gulmańcewicza zastał go jeszcze w łóżku.
— A choroba, panie Marcinie łaskawy, czyś pan czasem aby nie chory? — zapytał troskliwie, patrząc zachwycony po stancyjce upstrzonej mnóstwem drobiazgów i na pozór wyglądającej prawie elegancko.
— A strzeżże mnie, Boże, czym zdrów! Toćże bym przyszedł na lekcje, kumie Szczepanie! — odparł Marcelek odgadując główny powód odwiedzin kowala — i zaczął udawać kaszel dosyć biegle.
— Mniejsza tam o lekcje, panie Marcinie, ale Mar-
www.distill.pl