Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 19
cychna mi oto zaniemogła i okropniście zmizerowało się dziewczątko.
— A mój Boże! panna Marcjanna chora? Czemużeście mi nie donieśli zaraz, poczciwy kumie... Tak się nie godzi. Cóż jej takiego? Siadajcież z łaski swojej! Przecież niebezpieczeństwa nie ma?
— A niech no by też jeszcze! Człek by już wytrzymać nie mógł. Ciągle się tylko wali i wali na nas jedno za drugim, panie Marcinie! Pani Kontrolerowa przegrała sprawę, wyprowadziła się; teraz Marcychna chora... bodaj to najjaśniejsze pioruneczki zatrzasły! — odparł smutno stary, którego pogłaskała jednak po sercu troskliwość i niespokojność Marcela o jedynaczkę.
— Jak tylko będę zdrowszy, przyjadę natychmiast.
— A teraz nie mógłby oto pan Marcin wsiąść ze mną do dorożki i na zdziebko czasu do nas, na Głęboką? Dziewuszce zaraz by się polepszyło, najdroższy panie Marcinie — dodał stary całując go w ramię.
Uśmiechnął się mimo woli Marcel na ten oczywisty dowód miłosnej tęsknoty i rzekł najczulej:
— Strzeż że mnie, Boże, poczciwy kumie, czybym natychmiast nie pojechał z wami, gdybym się lada chwila nie spodziewał doktora, który mi zabronił wstawać. Ale dziś wieczorkiem otulę się płaszczem i przylecę najniezawodniej. Kłaniajcie się tymczasem pannie Marcjannie! Jezus Maria! Widział to kto chorować tak młodej i pięknej pannie!
— Zdarzy się to każdemu, jak i panu oto... choroba z tą chorobą! A jak też tam panu się powodzi? — zapytał kowal poufalej, uśmiechając się radośnie na obietnicę odwiedzin.
Wtem wszedł Kocio. Ze zwykłą grzecznością przywitał Marcelka i od stóp do głów zmierzył zdziwionym okiem kowala, poufale siedzącego na sofie, który są-
— A mój Boże! panna Marcjanna chora? Czemużeście mi nie donieśli zaraz, poczciwy kumie... Tak się nie godzi. Cóż jej takiego? Siadajcież z łaski swojej! Przecież niebezpieczeństwa nie ma?
— A niech no by też jeszcze! Człek by już wytrzymać nie mógł. Ciągle się tylko wali i wali na nas jedno za drugim, panie Marcinie! Pani Kontrolerowa przegrała sprawę, wyprowadziła się; teraz Marcychna chora... bodaj to najjaśniejsze pioruneczki zatrzasły! — odparł smutno stary, którego pogłaskała jednak po sercu troskliwość i niespokojność Marcela o jedynaczkę.
— Jak tylko będę zdrowszy, przyjadę natychmiast.
— A teraz nie mógłby oto pan Marcin wsiąść ze mną do dorożki i na zdziebko czasu do nas, na Głęboką? Dziewuszce zaraz by się polepszyło, najdroższy panie Marcinie — dodał stary całując go w ramię.
Uśmiechnął się mimo woli Marcel na ten oczywisty dowód miłosnej tęsknoty i rzekł najczulej:
— Strzeż że mnie, Boże, poczciwy kumie, czybym natychmiast nie pojechał z wami, gdybym się lada chwila nie spodziewał doktora, który mi zabronił wstawać. Ale dziś wieczorkiem otulę się płaszczem i przylecę najniezawodniej. Kłaniajcie się tymczasem pannie Marcjannie! Jezus Maria! Widział to kto chorować tak młodej i pięknej pannie!
— Zdarzy się to każdemu, jak i panu oto... choroba z tą chorobą! A jak też tam panu się powodzi? — zapytał kowal poufalej, uśmiechając się radośnie na obietnicę odwiedzin.
Wtem wszedł Kocio. Ze zwykłą grzecznością przywitał Marcelka i od stóp do głów zmierzył zdziwionym okiem kowala, poufale siedzącego na sofie, który są-
www.distill.pl