Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 2
Z łaski pańskiej oto nie będzie mi krzywdy. Proszą też Boga, żeby panisku dał największą fortunę, bo panisko zasługuje na to.
— Nie pragnę — odrzekł Paweł, na którego Marcysia jakoś spod oka, zadąsana, spoglądać zaczęła.
 
V
Panna Karolina po dwunasty raz przeczytała w „Magazynie Mód" anakrostyk, którego pierwsze litery, składające jej imię, cienisto wydrukowano. Było w tych wierszach coś o gwałtownym płomieniu tajonej miłości, o lilii-dziewicy, co zawsze piękna i czysta przejmuje mimowolnym uwielbieniem czcicieli, ale sama tkliwiej, litośniej nie spojrzy na żadnego, niestety — z trzema wykrzyknikami. Pierwszy raz w życiu zdarzyło się, że napisano dla niej wierszyk drukowany; toteż nad skargą zbolałego serca mile zadumała się, i gdyby w tej chwili autor skargi stanął przed nią, lilia ta, na łodydze nieco pękatej rosnąca, spojrzałaby nań z pewnością bardziej niż przychylnie z głębi srebrzystego kielicha.
Szczęście bywa nieraz diablo niedorzeczne i ulubieńców swoich na ślepo wybiera. Panna Karolina zwróciła istotnie uwagę na Gulmańcewicza, już to z nawyknienia, bo każdego prawie znajomego magnetyzowała zwykle pięknymi oczyma, już z przeciwieństwa, bo młodzież, nie lubiąc go, przypinała mu ustawicznie łatki, które często u kobiet prędzej pomogą, niż zaszkodzą nieobecnemu; już wreszcie z konieczności, bo musiała zająć się kimkolwiek. Szwagier — to mąż jej siostry, Paweł — ideał nie w jej rodzaju, a cała młodzież wieczorowa tak była podobna do siebie: co do ruchów, obejścia, francuszczyzny (wyobrażeń nie badała), że Marcelek, mimo najszczerszej chę-