Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 20
dząc, że ten krostowaty jegomość, przyzwoicie ubrany, zapewne jakiś pan wioskowy, jeśli nie dygnitarz, a co najmniej doktor, wstał i potulnie przekładał rogatywką z jednej do drugiej ręki, jakby czekając na rozkaz lub obstalunek.
— Do widzenia więc, panie Szczepaniak! — rzekł Marceli zmieniając nagle ton mowy. — Dzisiaj wieczorem, a co najpóźniej jutro, dotrzymam słowa... Proszę się kłaniać ode mnie! adieu!
Kum Szczepan nie śmiał mu nawet podać ręki, tylko pokornie ukłonił się obu i dopiero na wschodach zadumał się. Jakoś nie spodobało się mu to pożegnanie, tak różne od sposobu, w jaki go Marceli powitał.
— Pewno wierzyciel jaki! Udało się też zgrabnie odprawić? A może mieliście państwo interes i przeszkodziłem? — zapytał jeszcze grzeczniej Kocio.
— To były gospodarz domu, gdzie, jak pan wiesz, mieszkałem kiedyś z mamą. Miał do mnie prośbę jedną.
— Znam ten dom, cóż to za klatka, to istotnie tylko chyba z mamą można było mieszkać... Prawdziwe wygnanie! A błoto, ani rusz!
— Strzeżże mnie też, Panie, mieszkać jeszcze kiedykolwiek z mamą. Wyprzysiągłem się raz na zawsze.
— Może cygarkiem dobrym służyć można panu dobrodziejowi? — dodał otwierając port-segarkę napełnioną trabukosami. — Idąc tu spotkałem Porucznika i napierał się koniecznie, żeby pana odwiedzić, wymówiłem się mu. Przyznam się, pragnąłbym sam zerwać raz na zawsze z tą figurą. Skądinąd wcale to człowiek niezły, ale towarzystwo jego, widzę, że nie dla mnie.
— Do widzenia więc, panie Szczepaniak! — rzekł Marceli zmieniając nagle ton mowy. — Dzisiaj wieczorem, a co najpóźniej jutro, dotrzymam słowa... Proszę się kłaniać ode mnie! adieu!
Kum Szczepan nie śmiał mu nawet podać ręki, tylko pokornie ukłonił się obu i dopiero na wschodach zadumał się. Jakoś nie spodobało się mu to pożegnanie, tak różne od sposobu, w jaki go Marceli powitał.
— Pewno wierzyciel jaki! Udało się też zgrabnie odprawić? A może mieliście państwo interes i przeszkodziłem? — zapytał jeszcze grzeczniej Kocio.
— To były gospodarz domu, gdzie, jak pan wiesz, mieszkałem kiedyś z mamą. Miał do mnie prośbę jedną.
— Znam ten dom, cóż to za klatka, to istotnie tylko chyba z mamą można było mieszkać... Prawdziwe wygnanie! A błoto, ani rusz!
— Strzeżże mnie też, Panie, mieszkać jeszcze kiedykolwiek z mamą. Wyprzysiągłem się raz na zawsze.
— Może cygarkiem dobrym służyć można panu dobrodziejowi? — dodał otwierając port-segarkę napełnioną trabukosami. — Idąc tu spotkałem Porucznika i napierał się koniecznie, żeby pana odwiedzić, wymówiłem się mu. Przyznam się, pragnąłbym sam zerwać raz na zawsze z tą figurą. Skądinąd wcale to człowiek niezły, ale towarzystwo jego, widzę, że nie dla mnie.
www.distill.pl