Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 22
rubli na świecą, wódkę, serdelki, chleb i tytoń. Potem się pokwitujemy. A kiedy będę zakładał, dam panu dwadzieścia rubli, żebyś dorzucił do banku. Zbierzemy się koło jedenastej, przyjdzie tu z nami może jeden młody, przystojny pan i bogaty chłopiec, z którym będziesz pan mógł mówić po francusku i nawet proszę pana o to — mówił żywo Kocio kładąc mu zgrabnie pięć rubli na umywalni przy łóżku.
— Merci, mon cher Monsieur Kocio! Chociaż to niepotrzebne, bo znalazłbym przecie un peu de 1'argent.
— Nie chciałem obrażać pana, tylko po koleżeńsku, panie Gulmańcewicz!
— Strzeżże mnie, Panie! Przyjmę was u siebie jak najlepiej! — zawołał Marcelek ściskając mu rękę i zeskakując z łóżka.
— Bywasz pan w porządnych towarzystwach, masz stosunki z młodzieżą bogatszą. Żeby tu czasem który przyszedł na gierkę, to by nam obu lepiej się działo — rzekł Kocio grzecznie, przytrzymując mu rękę.
— Je réfléchirai de cela — odparł Marcel.
Z jakąż niecierpliwością wyglądał wieczora kum Szczepan! Chcąc zrobić Marcysi niespodziankę nie wspomniał jej o przyobiecanych odwiedzinach. Tymczasem przeminął wieczór i dzień następny; znowu wieczór jeden i drugi... Marcysia niby to zwolna przychodziła do zdrowia, ale oczy opuchłe czerwieniały od płaczu coraz bardziej, sine obwódki nie schodziły pod nimi. Milcząca, zadumana, machinalnie zajmując się gospodarstwem domowym, z kąta w kąt jak cień. się przesuwała. Staremu krajało się serce... Myśląc,
— Merci, mon cher Monsieur Kocio! Chociaż to niepotrzebne, bo znalazłbym przecie un peu de 1'argent.
— Nie chciałem obrażać pana, tylko po koleżeńsku, panie Gulmańcewicz!
— Strzeżże mnie, Panie! Przyjmę was u siebie jak najlepiej! — zawołał Marcelek ściskając mu rękę i zeskakując z łóżka.
— Bywasz pan w porządnych towarzystwach, masz stosunki z młodzieżą bogatszą. Żeby tu czasem który przyszedł na gierkę, to by nam obu lepiej się działo — rzekł Kocio grzecznie, przytrzymując mu rękę.
— Je réfléchirai de cela — odparł Marcel.
Z jakąż niecierpliwością wyglądał wieczora kum Szczepan! Chcąc zrobić Marcysi niespodziankę nie wspomniał jej o przyobiecanych odwiedzinach. Tymczasem przeminął wieczór i dzień następny; znowu wieczór jeden i drugi... Marcysia niby to zwolna przychodziła do zdrowia, ale oczy opuchłe czerwieniały od płaczu coraz bardziej, sine obwódki nie schodziły pod nimi. Milcząca, zadumana, machinalnie zajmując się gospodarstwem domowym, z kąta w kąt jak cień. się przesuwała. Staremu krajało się serce... Myśląc,
www.distill.pl