Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 23
że może jeszcze Marcel nie wyzdrowiał, któregoś ranka wyprawił się znowu do niego. Nie zastał w domu, ale od przychodniego służącego, co zamiatał pokój, gdzie mnóstwo nie dopalonych cygar, skórek od serdelków, papierosów, rozsypanego tytoniu i kilka po-niterek tułało się po podłodze — dowiedział się niechcący, za pomocą złotówki, że pan Marcel zdrów jak ryba i nigdy nie śniło się mu chorować, że nadto wczorajszej nocy kilku panów bawiło się i grało u niego w karty w najlepsze.
— A choroba, w karty! niechże cię najjaśniejsze pioruneczki nie zatrzasną! — wrzasnął kowal i palnąwszy pięścią w stoliczek, wprawdzie lekki, natychmiast rozbił go na dwoje.
Służący, drżąc ze strachu, za późno dostrzegł, że może niepotrzebnie wygadał się przed tym jegomością, na pozór tak pokornym. Odetchnął dopiero, kiedy Szczepaniak, mimo kulawego gicała po parę schodów na raz przeskakując, wsiadł do dorożki i kazał pędzić na Senatorską ulicę ku bankowi. Wysiadł przed domem, gdzie na pierwszym piętrze, u zamożnych jednych państwa, Barbara z Kalbfleischów zajmowała się pedagogiką i gospodarstwem. Po wielu utarczkach ze służbą dopuścili go nareszcie do szanownej pani Kontrolerowej, przed którą strapiony ojciec, jako przed matką zięcia przyszłego, wyspowiadał bez ogródki całe zmartwienie, domagając się tymczasem, aby wpłynęła na pana Marcela, który najlepszy pewno w gruncie chłopiec, tylko widocznie bałamuci się ze złymi ludźmi, kiedy u niego grywają w karty. Kontrolerowa nie tylko miny nie straciła, ale owszem, od czasu przyjęcia obowiązków, znów rządząc uczniami i służącymi, podnosiła nosa jak to kiedyś, nim pierwszy raz pożyczyła od niego pieniędzy. Przyrzekła mu, że jej syn najniezawodniej go odwie-
— A choroba, w karty! niechże cię najjaśniejsze pioruneczki nie zatrzasną! — wrzasnął kowal i palnąwszy pięścią w stoliczek, wprawdzie lekki, natychmiast rozbił go na dwoje.
Służący, drżąc ze strachu, za późno dostrzegł, że może niepotrzebnie wygadał się przed tym jegomością, na pozór tak pokornym. Odetchnął dopiero, kiedy Szczepaniak, mimo kulawego gicała po parę schodów na raz przeskakując, wsiadł do dorożki i kazał pędzić na Senatorską ulicę ku bankowi. Wysiadł przed domem, gdzie na pierwszym piętrze, u zamożnych jednych państwa, Barbara z Kalbfleischów zajmowała się pedagogiką i gospodarstwem. Po wielu utarczkach ze służbą dopuścili go nareszcie do szanownej pani Kontrolerowej, przed którą strapiony ojciec, jako przed matką zięcia przyszłego, wyspowiadał bez ogródki całe zmartwienie, domagając się tymczasem, aby wpłynęła na pana Marcela, który najlepszy pewno w gruncie chłopiec, tylko widocznie bałamuci się ze złymi ludźmi, kiedy u niego grywają w karty. Kontrolerowa nie tylko miny nie straciła, ale owszem, od czasu przyjęcia obowiązków, znów rządząc uczniami i służącymi, podnosiła nosa jak to kiedyś, nim pierwszy raz pożyczyła od niego pieniędzy. Przyrzekła mu, że jej syn najniezawodniej go odwie-
www.distill.pl