Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 27
odmówi! Ani się mama domyśla, jak mi koniecznie potrzebny porządny, a nawet wykwintny ubiór — dodał pieszczotliwie, całując ją w rękę.
— Oj ty, pieszczochu i filucie! Dam ci jeszcze piętnaście rubli, od ust sobie odejmuję, ale też Marcelek będzie za to grzeczny i pójdzie odwiedzić Szczepańskich na chwilę? — spytała podchwytliwie.
— Co się powiedziało — to na wiatr. Bez tego wszystkiego poszedłbym przecie, mamo, Marcysia chora! Ale kiedy mama tak łaskawa, to dziś jeszcze do nich pojadę.
— Niedobry syn z Marcelka! Do matki tylko po interes przychodzi. Więc na prośbę moję nie poszedłbyś, a za pieniądze to obiecujesz? Nie dam ani grosza!
— Czy mama naprawdę tak mówi?
— Naprawdę, mój panie — odparła z macierzyńskim i pedagogicznym surowym spojrzeniem.
— To strzeżże mnie, Panie, żebym chciał obrażać, ale niech mama schowa morały dla uczennic swoich, wyrosłem już z tego, i gdyby mama dwunastu tysięcy nie utopiła w błocie, to bym pewno nie przychodził żebrać stu złotych.
— Aj, niedobre dziecko, niech ci Bóg wybaczy, jak mi dokuczyłeś! — zawołała Gulmańcewiczowa chwytając się nagle za serce.
— Strzeżże mnie, Boże, mamo! Ja tylko na żarty — rzekł czulej Marcel, w którym zagrała jednak iskra synowskiego uczucia.
— Niech sobie Marcelek idzie precz i da mi pokój, a jak się poprawi, to niech przyjdzie przeprosić matkę — rzekła z godnością, usuwając rękę, którą chciał pocałować.
— Oj ty, pieszczochu i filucie! Dam ci jeszcze piętnaście rubli, od ust sobie odejmuję, ale też Marcelek będzie za to grzeczny i pójdzie odwiedzić Szczepańskich na chwilę? — spytała podchwytliwie.
— Co się powiedziało — to na wiatr. Bez tego wszystkiego poszedłbym przecie, mamo, Marcysia chora! Ale kiedy mama tak łaskawa, to dziś jeszcze do nich pojadę.
— Niedobry syn z Marcelka! Do matki tylko po interes przychodzi. Więc na prośbę moję nie poszedłbyś, a za pieniądze to obiecujesz? Nie dam ani grosza!
— Czy mama naprawdę tak mówi?
— Naprawdę, mój panie — odparła z macierzyńskim i pedagogicznym surowym spojrzeniem.
— To strzeżże mnie, Panie, żebym chciał obrażać, ale niech mama schowa morały dla uczennic swoich, wyrosłem już z tego, i gdyby mama dwunastu tysięcy nie utopiła w błocie, to bym pewno nie przychodził żebrać stu złotych.
— Aj, niedobre dziecko, niech ci Bóg wybaczy, jak mi dokuczyłeś! — zawołała Gulmańcewiczowa chwytając się nagle za serce.
— Strzeżże mnie, Boże, mamo! Ja tylko na żarty — rzekł czulej Marcel, w którym zagrała jednak iskra synowskiego uczucia.
— Niech sobie Marcelek idzie precz i da mi pokój, a jak się poprawi, to niech przyjdzie przeprosić matkę — rzekła z godnością, usuwając rękę, którą chciał pocałować.
www.distill.pl