Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 28
VII
Marcel zasmucił się, że rozgniewał matkę, a zwłaszcza, spodziewając się na pewno wzmocnienia kasy, konwulsyjnie teraz miął w kieszeni szczupłą, ubogą portmonetkę. Po drodze jednak, lubując się w szybach kilku sklepów postacią swoją, acz niewyraźnie, ale kształtnie odbitą, pocieszał się myślą, którą mu niejednokrotnie podsuwał Kocio, że tak ładny chłopiec nie powinien obawiać się o przyszłość. Szczęście musi samo przyjść do niego. „Może już i nieraz przyszło!" — pomyślał wspomniawszy z próżnym uśmiechem buziak Marcysi, błyszczące oczy Jabłuszkowej i nade wszystko liliową płeć nadstotysięcznej panny Karoliny, której już od kilku dni ani w oknie, ani w kościele nie postrzegł, tylko jej matkę w powozie spotkał na ulicy. Wyszedł z domu w zamiarze odwiedzenia tych dam, a po niefortunnym zajściu z Kontrolerową spieszno mu było zapukać do gościnnego woreczka Pawła.
W przedpokoju Celestynów służący mu odpowiedział jak zwykle, że pani chora i nie przyjmuje. Zdziwiony nieco tym cierpieniem, kiedy ją parę dni temu spotkał na ulicy, i to, zdaje się, nie chorą, zaginał właśnie kartę wizytową... wtem panna Karolina, wracając ze siostrą z przejażdżki, weszła niespodzianie. Zrazu lekko się zarumieniła, Marcel ukłonił się nader grzecznie i wypytując troskliwie o stan zdrowia radczyni, czułe spojrzenie zwrócił na pokaźną niebiankę. Niebianka, mierząc go po chwili dziwnym jakimś wzrokiem od stóp do głów, odparła głosem wyraźnym i powolnym, aż mrowie go przeszło:
— Mama już zdrowa, ale nie przyjęła pana, bo u nas w domu ciągłe zajęcie, jak to zwykle przy odjeździe.