Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 29
— Comment, vous déjà partez de Varsovie? — zapytał żywo.
— Tak, panie, w tych dniach — odparła po polsku, krzywiąc się nieco na francuszczyzną zapytania. — Adieu, Monsieur Gulmańcewicz! — dodała grzeczniej, idąc ku drzwiom od sali. Po chwili jednak zoczywszy wielbiciela, któremu tak nagłą dała dymisją, jak z osłupiałym wzrokiem konwulsyjnie kręcił kapelusz, rumienił się i blednął na przemian, zatrzymała się i rzekła ciszej po francusku:
— Nie godzi się, panie, porzucać narzeczonej, dla której, słyszałam, masz pan obowiązki ważne. Życzę powodzenia. Bilety pięknie przepisane oddałabym panu, gdybym ich nie podarła co do jednego, wierzaj mi pan!... Adieu, Monsieur Gulmańcewicz!
Uśmiech wesoły, wzgardliwy zaigrał na ustach niebianki, znikła we drzwiach od salki. Marcelowi zdawało się, że to sen, ciężar lodu ugniatał mu piersi, kręciło się w oczach, przez chwilę nie ruszał się z miejsca, nareszcie zoczywszy służącego, który czekał przy drzwiach od sieni, prawie nieprzytomny pobiegł na górę do Pawła. Zastał w pierwszym pokoju Beleńskiego i Stasia, co na grzeczny ukłon jego zaledwie mu głową kiwnęli, Paweł zajęty jakimś rysunkiem dla nich w drugim pokoju także go kwaśno przywitał i kiedy po chwili sami zostali, rzekł ostro:
— Cóż ty dokazujesz, Marceli! Zaledwiem uprosił Witruwiusza, że zezwolił, abyś do niego przychodził jeszcze. Słyszałem, że Bóg wie jakie figury bywają u ciebie i grywacie w karty. Cóż myślisz robić, u licha? Wiesz, że matka nie ma nic, i powinien byś się wstydzić przyjmując od niej pomoc pieniężną.
— Tak, panie, w tych dniach — odparła po polsku, krzywiąc się nieco na francuszczyzną zapytania. — Adieu, Monsieur Gulmańcewicz! — dodała grzeczniej, idąc ku drzwiom od sali. Po chwili jednak zoczywszy wielbiciela, któremu tak nagłą dała dymisją, jak z osłupiałym wzrokiem konwulsyjnie kręcił kapelusz, rumienił się i blednął na przemian, zatrzymała się i rzekła ciszej po francusku:
— Nie godzi się, panie, porzucać narzeczonej, dla której, słyszałam, masz pan obowiązki ważne. Życzę powodzenia. Bilety pięknie przepisane oddałabym panu, gdybym ich nie podarła co do jednego, wierzaj mi pan!... Adieu, Monsieur Gulmańcewicz!
Uśmiech wesoły, wzgardliwy zaigrał na ustach niebianki, znikła we drzwiach od salki. Marcelowi zdawało się, że to sen, ciężar lodu ugniatał mu piersi, kręciło się w oczach, przez chwilę nie ruszał się z miejsca, nareszcie zoczywszy służącego, który czekał przy drzwiach od sieni, prawie nieprzytomny pobiegł na górę do Pawła. Zastał w pierwszym pokoju Beleńskiego i Stasia, co na grzeczny ukłon jego zaledwie mu głową kiwnęli, Paweł zajęty jakimś rysunkiem dla nich w drugim pokoju także go kwaśno przywitał i kiedy po chwili sami zostali, rzekł ostro:
— Cóż ty dokazujesz, Marceli! Zaledwiem uprosił Witruwiusza, że zezwolił, abyś do niego przychodził jeszcze. Słyszałem, że Bóg wie jakie figury bywają u ciebie i grywacie w karty. Cóż myślisz robić, u licha? Wiesz, że matka nie ma nic, i powinien byś się wstydzić przyjmując od niej pomoc pieniężną.
www.distill.pl