Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 3
ci, żeby im dorównać, wyróżniając się jednak od nich, oczywiście na gorsze, wydatniejszymi rysami naznaczył się w jej wyobraźni, jako nowość odmienna od dawniejszych konkurentów. A zresztą, tak eleganckiego hołubca wyciął kiedyś w mazurze, tak ją kiedyś zgrabnie wstrzymał, gdy o mało co nie padła z niezdarnym jakimś tancerzem — i szczęście, na które nie ma sposobu!
Odziedziczywszy po matce główkę nieco marzącą, jak zwykle Polki, a ustrój znacznie chłodniejszy, panna także roiła czasami po swojemu o czarach wielkiego, prawdziwego uczucia, o którym z romansów czytywanych przez matkę i z rozmów ze starszymi i młodszymi kobietami nasłuchała się uniesień i wyznań rozlicznych. Odrzucając z nich emancypacyjną, wówczas modną, wybujałość, której nie pojmowała, uparła się jednak, żeby jej serce zapłonęło tym niebiańskim ogniem. Trafem, zawsze dziwniejszym w powieści niż w życiu, żaden z poprzednich konkurentów, mimo najszczerszej jej chęci, nie zdołał rozniecić tego płomienia, którego w miarę przybywających latek nie czasami, ale często pragnęła.
Poznaje ją Gulmańcewicz, wyższe towarzystwo, gdzie się pierwszy raz znajdował, przejmuje go dumą i radością; rozmowa z panną posażną, piękną i z dobrej familii schlebia mu i wywiera wrażenie. Sprycikiem praktycznym, przez mamę wszczepionym, bada, czyby się nie można spodobać tej pannie, czyby ostatni Gulmańcewicz nie mógł zostać przypadkiem wielkim człowiekiem — i zaprowadzić ją do ołtarza. Przy Marcysi i Domiceli z Papierowskich odbywszy już przygotowawczy kurs przypodobania, z pewną biegłością zaczął ukradkiem przewracać oczy, wzdychać z głębi żołądka i rozczulać się na myśl o świetnych koligacjach i posagu. Podrzędne jego położenie, ku-
Odziedziczywszy po matce główkę nieco marzącą, jak zwykle Polki, a ustrój znacznie chłodniejszy, panna także roiła czasami po swojemu o czarach wielkiego, prawdziwego uczucia, o którym z romansów czytywanych przez matkę i z rozmów ze starszymi i młodszymi kobietami nasłuchała się uniesień i wyznań rozlicznych. Odrzucając z nich emancypacyjną, wówczas modną, wybujałość, której nie pojmowała, uparła się jednak, żeby jej serce zapłonęło tym niebiańskim ogniem. Trafem, zawsze dziwniejszym w powieści niż w życiu, żaden z poprzednich konkurentów, mimo najszczerszej jej chęci, nie zdołał rozniecić tego płomienia, którego w miarę przybywających latek nie czasami, ale często pragnęła.
Poznaje ją Gulmańcewicz, wyższe towarzystwo, gdzie się pierwszy raz znajdował, przejmuje go dumą i radością; rozmowa z panną posażną, piękną i z dobrej familii schlebia mu i wywiera wrażenie. Sprycikiem praktycznym, przez mamę wszczepionym, bada, czyby się nie można spodobać tej pannie, czyby ostatni Gulmańcewicz nie mógł zostać przypadkiem wielkim człowiekiem — i zaprowadzić ją do ołtarza. Przy Marcysi i Domiceli z Papierowskich odbywszy już przygotowawczy kurs przypodobania, z pewną biegłością zaczął ukradkiem przewracać oczy, wzdychać z głębi żołądka i rozczulać się na myśl o świetnych koligacjach i posagu. Podrzędne jego położenie, ku-
www.distill.pl