Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 32
chany Poluniu! To choć może w tych dniach raczysz mi pomóc... Daruj, żem ci dotychczas jeszcze...
Dalszy ciąg wynurzeń przerwał mu Beleński, który przyszedł sam zaprosić ich obu na herbatą do siebie. Paweł, przypuszczając, że strapiony Marcelek mógł się przedtem pomylić, ten zaś myśląc, że pewnie zobaczy pannę Karolinę i może nastąpi porozumienie — przystali skwapliwie na zaprosiny. Ale przepędzili parę godzin czasu tylko z Beleńskim i Stasiem, Celestyn pojechał z kobietami na teatr.
W srogim utrapieniu wyszedłszy na ulicę, przypomniała się mimo woli Marcelkowi składna twarzyczka, bujne włosy i jasne oczy Marcysi, co tak radośnie, z uwielbieniem zawsze go witały i żegnały. Wyobraził sobie, jak twarzyczka ta wybladła z choroby tęskni do niego, a nie widział jej tak dawno — w kościele poznał i odwrócił się... „Chociaż to już koło dziesiątej, pójdę, zaraz pójdę" — pomyślał. Wtem zaturkotał powóz, mignęło światło od latarni, dojrzał pełnych rysów panny Karoliny i pobiegł za powozem. Nie pomylił się, wróciły z teatru. Pierwszy raz w życiu uczuwszy dotkliwe tak lekceważenie, spadłszy nagle z dobrego mniemania o sobie we własnych oczach, poniżony jak dziecko ukarane rózgą, zżymając się bezsilnie i poprzysięgając zemstę za karę, zaczął dumać boleśnie tylko o pannie Karolinie, o tych zamkach na lodzie, jednym jej słowem zdmuchniętych. Przechadzał się nawet parę godzin pod oknami okrutnej, dręcząc się dziecinnymi żalami, którym i zazdrość nie mogła [nie] dodawać cierpkiej, namiętnej goryczy. Zziębnięty wróciwszy do domu zastał u siebie list bez podpisu, gdzie niewprawnym, kurzym pismem, ale za to energicznym wyrażeniem wyrzucano mu, że się nie stawił na schadzkę. Drżąc znowu, żeby i ten promień szczęścia, którego wartość szanował teraz, nie zagasł także przy-
Dalszy ciąg wynurzeń przerwał mu Beleński, który przyszedł sam zaprosić ich obu na herbatą do siebie. Paweł, przypuszczając, że strapiony Marcelek mógł się przedtem pomylić, ten zaś myśląc, że pewnie zobaczy pannę Karolinę i może nastąpi porozumienie — przystali skwapliwie na zaprosiny. Ale przepędzili parę godzin czasu tylko z Beleńskim i Stasiem, Celestyn pojechał z kobietami na teatr.
W srogim utrapieniu wyszedłszy na ulicę, przypomniała się mimo woli Marcelkowi składna twarzyczka, bujne włosy i jasne oczy Marcysi, co tak radośnie, z uwielbieniem zawsze go witały i żegnały. Wyobraził sobie, jak twarzyczka ta wybladła z choroby tęskni do niego, a nie widział jej tak dawno — w kościele poznał i odwrócił się... „Chociaż to już koło dziesiątej, pójdę, zaraz pójdę" — pomyślał. Wtem zaturkotał powóz, mignęło światło od latarni, dojrzał pełnych rysów panny Karoliny i pobiegł za powozem. Nie pomylił się, wróciły z teatru. Pierwszy raz w życiu uczuwszy dotkliwe tak lekceważenie, spadłszy nagle z dobrego mniemania o sobie we własnych oczach, poniżony jak dziecko ukarane rózgą, zżymając się bezsilnie i poprzysięgając zemstę za karę, zaczął dumać boleśnie tylko o pannie Karolinie, o tych zamkach na lodzie, jednym jej słowem zdmuchniętych. Przechadzał się nawet parę godzin pod oknami okrutnej, dręcząc się dziecinnymi żalami, którym i zazdrość nie mogła [nie] dodawać cierpkiej, namiętnej goryczy. Zziębnięty wróciwszy do domu zastał u siebie list bez podpisu, gdzie niewprawnym, kurzym pismem, ale za to energicznym wyrażeniem wyrzucano mu, że się nie stawił na schadzkę. Drżąc znowu, żeby i ten promień szczęścia, którego wartość szanował teraz, nie zagasł także przy-
www.distill.pl