Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 33
padkiem, przez całą noc oka nie mógł zmrużyć. Zbudził się z bolem głowy, z poczerwieniałymi oczyma; aż się przeląkł przejrzawszy się w lustrze.
Kum Szczepan czekał i polegał na obietnicy Kontrolerowej — Marcysia ani razu nie zapytała się wprawdzie o Marcelka, unikała widocznie najlżejszej wzmianki w tym przedmiocie; ale każde jej spojrzenie wydawało się staremu, że to zapytanie. Przebrała się nareszcie miarka cierpliwości i któregoś dnia raniuteńko wybrał się znów do niewdzięcznego nauczyciela. Pukając do drzwi posłyszał gwar jakiś, dym cygarowy snuł się przez szpary i przez dziurkę od klucza, ale mu nikt nie otworzył. Zaczął stukać mocniej, gwar ucichł na chwilę, ale do drzwi nikt się nie zbliżył — nareszcie, kiedy silnie załomotał, odemknął ktoś niecierpliwie i głos nieznany, biorąc go widocznie za kogo innego, wrzasnął gniewnie:
— Czemu tak stukasz, gapiu, jakbyś chciał dom rozwalić! Chodź prędzej, nastawisz samowar!
— Wszak tu mieszka pan Marcin?
— A to kto? Tu nie ma żadnego pana Marcina. Jeżeli masz wasan interes jaki, to przyjdź sobie później! — odparł jegomość trzaskając poniterkami w ręku.
— A choroba... później, bodaj to najsiarczystsze pioruneczki zatrzasły! — zagrzmiał Szczepaniak i odepchnąwszy go nagle, wszedł do pokoju.
Przy stoliku, zielonym suknem obitym, dopalały się resztki świec, niepewne światełko z blaskiem dnia mieszając. Kilku ludzi, po największej części młodych, z błyszczącym okiem, z ustami zaciśniętymi, z kartami w ręku, stało dokoła, przed każdym nieco papierków lub też brzęczących pieniędzy. Kocio ciągnął bank, sto-