Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 34
jący przy nim Marcelek uśmiechał się głupowato — a najmizerniej jakoś wyglądał spomiędzy wszystkich. Dym, zaduch, gwar i nieład.
Zatrząsł się z gniewu kowal na ten widok. Służył w wojsku, domyślił się, że musieli całą noc strawić przy kartach.
— Panie Marcinie! — zawołał — to tak pan pięknie był chory? To panu niesładno było zajść do nas na Głęboką, a sładno nie spać całej nocy i paskudzić się w karciska?
— Cóż to za figura jakaś z morałami? — zapytał bankier Marcela, który zoczywszy kowala zmienił się nadzwyczaj.
— A choroba! cóż to za figura? Może uczciwsza od wasana, panie siulerze! Widzisz go, co za figura! Fąfel jakiś, ubliżać siwym włosom, do stu najsiarczystszych pioruneczków! — zawołał kowal gwałtownie.
— Nie gniewajcie się, kumie Szczepanie poczciwy — zebraliśmy się tak w kółku kolegów i bawimy się najniewinniej.
— A tak, najniewinniej. Bodaj też pana, marnować grosz i zdrowie dla nędznych parę złotych — a choroba dopiero!
— Dziwi mnie, panie Marceli, pańska cierpliwość z tym gburem — bąknął Kocio.
— Wara ty z cierpliwością, dryblasie! Nie burmistrzuj no, bo... pókim dobry — groźnie zagrzmiał, Szczepaniak, stuknąwszy jakby młotem laską o ziemię.
— Uspokójcie się, kumie Szczepanie! Strzeżże mnie, Boże, czy kto wam chciał ubliżyć! — prosił Marcel. — Będę u was dzisiaj najniezawodniej — dodał błagalnym głosem.
— Obejdzie się, panie Marcinie! Dziękujący Bogu, żebrać nie będziem pańskiej łaski. Ino na własne oczy teraz dokumentnie się przekonałem, że pan mnie manił
Zatrząsł się z gniewu kowal na ten widok. Służył w wojsku, domyślił się, że musieli całą noc strawić przy kartach.
— Panie Marcinie! — zawołał — to tak pan pięknie był chory? To panu niesładno było zajść do nas na Głęboką, a sładno nie spać całej nocy i paskudzić się w karciska?
— Cóż to za figura jakaś z morałami? — zapytał bankier Marcela, który zoczywszy kowala zmienił się nadzwyczaj.
— A choroba! cóż to za figura? Może uczciwsza od wasana, panie siulerze! Widzisz go, co za figura! Fąfel jakiś, ubliżać siwym włosom, do stu najsiarczystszych pioruneczków! — zawołał kowal gwałtownie.
— Nie gniewajcie się, kumie Szczepanie poczciwy — zebraliśmy się tak w kółku kolegów i bawimy się najniewinniej.
— A tak, najniewinniej. Bodaj też pana, marnować grosz i zdrowie dla nędznych parę złotych — a choroba dopiero!
— Dziwi mnie, panie Marceli, pańska cierpliwość z tym gburem — bąknął Kocio.
— Wara ty z cierpliwością, dryblasie! Nie burmistrzuj no, bo... pókim dobry — groźnie zagrzmiał, Szczepaniak, stuknąwszy jakby młotem laską o ziemię.
— Uspokójcie się, kumie Szczepanie! Strzeżże mnie, Boże, czy kto wam chciał ubliżyć! — prosił Marcel. — Będę u was dzisiaj najniezawodniej — dodał błagalnym głosem.
— Obejdzie się, panie Marcinie! Dziękujący Bogu, żebrać nie będziem pańskiej łaski. Ino na własne oczy teraz dokumentnie się przekonałem, że pan mnie manił
www.distill.pl