Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 35
i oszukał. A ze sercem, co człek miał dla państwa i co tam zrobił... niech go najsiarczystsze pioruneczki zatrzasną! toćże nie zginiem jeszcze. Graj se pan, graj! U nas, na Głębokiej, to za nisko dla takich panów, obejdzie się bez nich! Bywaj pan zdrów! — zawołał nie podając mu ręki i zasadzając rogatywkę. Marcel nie mógł ochłonąć z pomieszania i podziwu.
Zgryzł się stary nadzwyczaj, lecz po drodze wyciąwszy na frasunek kilka lampek, kiedy wrócił do domu, wygadał się ze zmartwienia przed Fidrykową, Maciusiem i nawet przed córką, która nadspodziewanie bardzo spokojnie wysłuchała wszystkiego.
— Co tam, proszę tatunia, ileż to kobiet po francusku nie umie, a żyje. Po co mnie to i na co? Zresztą, za pieniądze łatwo dostać nauczyciela.
— Choroba... jak zdrowo powiedziałaś, Marcyś! Niechże cię najjaśniejsze pioruneczki nie zatrzasną, dziewucho! — zawołał zachodząc w głowę, skąd u niej taka zmiana. Dowiedziawszy się, że podczas jego nieobecności przyszedł ojciec Jakub, gadał z nią długo, czytał nawet list od Józiaka, gdzie sierota kłaniał się pięknie im obojgu, wpływowi dobrych rad zakonnika przypisał poddanie się woli Opatrzności i odpowiedź Marcysi, co go samego zbudowała — próżność ojcowską mimo woli wytykając.
Ale co się działo w sercu córki, nie wiedział stary. Tam przestawała dźwięczyć, zamierała ta struna anielska, co w latach dziewiczych odzywa się najczystszym brzmieniem — raz tylko.