Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 38
i ważniejszej powieści ich życia; ludzie, wśród których się kręcą, tak się zaokrąglają przy ich zwyczajności, że i patrząc na nich, co w najszczuplejszym zakresie nie mogą oddziaływać i nie są nawet w stanie przyjąć biernie czyjeś działanie, bo spaczą je mimo woli, zawołać nieraz można prawie z przestrachem: „Gwałtu! co się dzieje! — co się dzieje!"
Mimo próśb i napomnień matki, przestróg Pawła, Marcelek pod wpływem Kocia i Domci przestał uczyć się budownictwa, a poświęcił się wyłącznie przyjmowaniu u siebie pośledniejszych kawalerów zielonego stolika, tym chętniej, że miał na tym zarobek, co dołączony do szczupłego zasiłku, jaki mu udzielała Kontrolerowa — dozwolił opędzać potrzeby codzienne, o tyle jednak, że zawsze miał całe obuwie, kapelusik i ubranie prawie modne. Matka wyniosła się na wieś ze swoim państwem, Paweł oziąbł dla kuzyna. Ale wszystko na świecie ma „swój kres i miarę". Schadzki te zaczęły zwracać uwagę, kawalerowie wynaleźli sobie u kogo innego mieszkanie dogodniejsze i nie tak znaczne, gdzie rybki łatwiej było sprowadzać i oporządzać. Nie wyłączony ze stowarzyszenia, którego gry tajemnic głębszych nie rozumiał, musząc poprzestać na małych tylko obrywkach, nieraz nawet wśród uroczego sam na sam z Domicelą przemyśliwał, jakim by sposobem wpaść w oko pięćdziesięciokilkoletniej piękności jakiej, której woreczek pod względem tysiąców w czwórnasób przynajmniej ilość lat by przenosił. Przemyśliwał jednak na próżno. Trzeba było zmienić mieszkanie na Długiej na skromniejszy pokoik na trzecim piętrze na Freta; z Freta, zrzuciwszy pychę z serca, trzeba było przenieść się do Jabłuszków, a że ci wkrótce się przeprowadzili i brak było pokoiku do najęcia, Kocio przez parę miesięcy ugaszczał go u siebie bezinteresownie... I od tego młodzieńca przychyl-