Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 39
niejsza chwilowo fortuna odwróciła się najzupełniej. Schwytany przez którąś rybę na pasterskiej kulbaczce w diabełka, skompromitowawszy współtowarzyszów, za niezgrabność dotkliwą musiał ponosić karę — wyłączenia od zyskowniej szych partyjek, która tak oddziałała na jego humor, że i w domino, i w bilard spryt go zaczął opuszczać. Zwróciwszy się całą duszą do pocieszycielki strapionych, którą Porucznik nazywał jamają, przeniósł się do dawnej siedziby na Koźlą, do skromnego hoteliku, gdzie po raz pierwszy oporządził Marcelka. Serdecznie go przedtem nienawidząc, podzielił się z nim jednak ciasną izdebką. Czy chciał w niej do reszty w Marcelim zatrzeć ślady staranniejszego wychowania i zrównać z sobą, a nawet poniżyć; czy nacieszyć się biedą człowieka, co za kilka złotych gotów był nieledwie na każdą posługę; czy mniemał, że będzie jeszcze mógł co na nim zarobić; czy też, jak zwykle u nas, lepszych i gorszych, co choćbyśmy chcieli, wyprzeć się nie możemy tradycyjnej gościnności, za nic sobie uważał odstąpienie komuś kąta w swoim gnieździe, zwłaszcza takiemu, którym jak wiatr chorągiewką obracać mógł na wszystkie strony; czy też bieda wspólna wywoławszy iskierkę współczucia zatarła nienawiść? Zbytecznym by było odznaczać wszystkie te drobiazgowe odcienia — dosyć, że mieszkali sobie w jakiej takiej zgodzie, aż Marcelek od niewywczasu, jamai, przeziębienia itp. — rozchorował się obłożnie.
Z początku Kocio nic nie mówił, póki mu jeszcze starczyła resztka miesięcznej płacy od matki i Paweł przyniósł kilka rubli, ale gdy choroba przedłużyła się, pożyczka od Jabłuszków i nieco jego pieniędzy wyczerpnęło się, dawni koledzy Marcela od budowniczego po kilka złotych parę razy przysłali, Kontrolerowa zaś i Paweł, co także wyjechał na wieś, na list nie