Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 4
zynostwo z Pawłem, młodość, niczegowata powierzchowność, niby to skromność i lękliwość, a przy tym domniemane upodobanie w pracy umysłowej, łudzą pannę, że kto wie, czy to nie ów człowiek upragniony jak niewolnik schnąć będzie dla niej z miłości, choćby nawet za kogo innego poszła za mąż; lub też po nadzwyczajnych wypadkach, jak rycerz średniowieczny, może otrzyma jej rękę.
Złudzenie to skłania ją najniewinniej, że parę razy oczy ich jakby się zrozumiały, westchnienie oddźwięknęło westchnieniu i ręce w tańcu splotły się spójniej. Przytomni nie dostrzegali tych delikatnych zawiązków sympatii, których jeszcze subtelniej szych ligamentów  nieraz mamy, ciocie lub rówienniczki z anatomiczną biegłością dostrzegą, bo oboje mieli twarze nieruchliwe; zwykle nie mówili wiele, nie mieli też o czym, i jeszcze sobie drzemały ich serca, co gdy żywo biją, trudniej ukryć tajemnicę. Za lada poszeptem zazdrości lub niepokoju już po niej!
I jak tu walczyć ze szczęściem, kiedy z pewnością żaden z młodzieży wieczorowej nie ośmieliłby się tak prędko jak Gulmańcewicz, w sposób tak zwyczajny rozpocząć z panną Karoliną rolę zakochanego na serio ani też tak prędko w chusteczkę od nosa wetknąć po tańcu bilecik romansowy?
Pierwszy numer czułych odezw przyjęto, nie odpisano; popłynął drugi, trzeci, czwarty itd., ciągle bez odpowiedzi, nareszcie anakrostyk i prośba rozpaczliwa o parę słów jej dłonią skreślonych. Młodzika, nawykłego dotychczas do imponowania Marcysi, do pochlebstw Domiceli, zabiegi tak mało wynagradzane pobudzają niezwykle, gotów może naprawdę rozszaleć się w ogromie swego szczęścia i planów na przysz-