Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 40
odpisywali prędko, a Marcelek dzień w dzień potrzebował na lekarstwo, jadło i rozliczne wydatki w chorobie, Kocio rzekł do niego któregoś ranka po czwartym kieliszku jamai:
— Wiesz co, Gulmańcewicz, tak dłużej nie podobna. Ja ci pieniędzy stworzyć nie mogę. Kosztujesz mnie i tak kilkanaście rubli, które czort wie kiedy odbiorę, dusić się tu muszę z tobą w ciasnej jamie, pocę się dla twojej przyjaźni od rana do wieczora. Matka i brat przyślą ci przecie kiedy, przenieś się tymczasem do szpitala!
— Ach! Kociu! zlituj się. Strzeżże mnie, Panie, ja bym umarł w szpitalu.
— Gagacik, daj mi Boże tyle dukatów, ilem razy leżał w szpitalu — i żyję!
— Boś ty mocniejszy, Kociuniu, tyś prawdziwy mężczyzna, a mnie tak matka niedobrze wychowała.
— Na babę, to prawda! Zresztą i do szpitala nie tak łatwo, bo trzeba także pieniędzy. Do Jabłuszków za nic pod słońcem już nie pójdę, dali mi nawet do zrozumienia, że nie są w stanie ci pomóc, Domcia zła o coś na ciebie straszliwie, rzeczy wszystkie zastawione. Nie podobna przecież, żebyś umarł z głodu, a ja sam nie mam dziś na obiad, pewno i na jutro — dodał z wzgardliwym śmiechem i nie kłamał — ostatnimi kilkunastu groszami podzielił się szuler z chorym.
— Parę dni jeszcze, Kociulku! Za parę dni może przyjdą pieniądze. O,  mon Dieu, mon Dieu! Comment je suis malheureux! — zawołał płaczliwie.
— Już od dwóch tygodni gadasz mi ciągle o paru dniach. Cóż, u diabła, czy nie masz jeszcze kogo, co by ci pożyczył? Napisz parę słów, pójdę. Gdybym miał takie stosunki, jak ty miałeś, to bym sobie kazał sto