Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 41
batów wypalić, żeby mi na czym zbywało. Słuchaj no! Porucznik mi mówił, że ten Szczepaniaczysko to bardzo poczciwy i miłosierny człowiek. Chociaż matka twoja jeszcze mu sporo winna, zawsze jednak upłaca, więc kredyt jest. Poróżnił się z tobą, ale w chorobie czyjej to się zapomina o urazie — dodał dobitniej. — Napisz do niego!
— Strzeżże mnie, Panie! Je non puis pas.
— E, gadaj mi po polsku, na diabła ta francuszczyzna! Wszakże córka jego kochała się w tobie? Sam mi mówiłeś.
— Chcieli mnie nawet z nią żenić — dodał Marcel z uśmiechem, co fałszywie jakoś zaigrał na wywiędłej twarzy.
— To napisz do córki, ja list zaniosę, i ręczę ci, że się coś uskubnie.
— Nie wypada, Kociulku!
— Głupiś! Wypada bardziej niż umrzeć z głodu i — broń Boże, w razie ognia — nie mieć nawet w czym uciec. Jak ci przyszlą, to odeszlesz; rozumiesz?
— Ależ, Kociu!
— Rób, co chcesz, jeżeli dziś nie będzie pieniędzy, wyprowadzam się i zostawiam cię tu samego.
— Kociuniu! zmiłuj się!
— Daję słowo, tak zrobię! — wrzasnął wychylając znowu kielich jamai i boleśnie patrząc na próżną już butelkę.
— Jak tu napisać?
— Po prostu: Nie ośmieliłbym się nigdy udawać się do pani z taką prośbą, gdyby nie ostateczność i choroba itd. Co ci szkodzi; da, to da; nie, to nie. Listu u niej nie zostawię, nie bój się! — mówił Kocio, któremu wszystkie krosty jak rubiny i szmarag-