Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 42
dy błyskały na twarzy, rozparzonej od gorąca i trunku.
— Ah! mon Dieu, mon Dieu! Matka własna nie odpisuje mi tak długo, zmarnowała dwanaście tysięcy. Brat, któremu tyle dobrego świadczyłem, zapomniał
o mnie, ty jeden, Kociu, poczciwy, toi un seul.
— Nie becz, masz papier i pisz — rzekł towarzysz ciskając mu ćwiartkę papieru na łóżko.
Po chwili prawie co do słowa podyktowany list przez towarzysza był już gotów i zapieczętowany ostatnim trzygroszniakiem. Według zwyczaju, od Żydów przyjętego, chuchnął nań Kocio na szczęście
i poszedł.
Tymczasem Marcel wydostał z siennika ukrytych w słomie kilka rubli i złotówek, uśmiechnął się cichaczem, zwlókł się z łóżka i zawoławszy przez okno starą stróżkę, co zamiatała na podwórku, mówiąc, że znalazł dwadzieścia groszy w szparze, kazał sobie przynieść herbaty i kukieł z kawiarni żydowskiej, naprzeciw tego hotelu istniejącej. Potem napisał parę słów, które za dziesięć groszy pod sekretem miała baba odnieść do Jabłuszkowej.
Kocio rezolutnie, jak to każdy w cudzym interesie, wszedł do domku na Głębokiej ulicy, którego ściany w przeciągu tych dwu niespełna lat jakoś zbrudziły się, żółtawy kolor pozacierany; parę szyb wytłuczonych zaklejono papierem; napis tylko czerwoną farbą świecił, a z okna facjatki słychać było szwargotanie i pisk swarliwych bachorków. Zapytawszy się trumniarki, której nos miał zupełnie barwę indyczych korali, czy Szczepaniak albo jego córka są w domu, poseł z przyjemnością dowiedział się, że stary w kuźni, a córka w izbie. Wszedł więc śmiało i bez długich wstępów opowiedziawszy, że mieszka razem
— Ah! mon Dieu, mon Dieu! Matka własna nie odpisuje mi tak długo, zmarnowała dwanaście tysięcy. Brat, któremu tyle dobrego świadczyłem, zapomniał
o mnie, ty jeden, Kociu, poczciwy, toi un seul.
— Nie becz, masz papier i pisz — rzekł towarzysz ciskając mu ćwiartkę papieru na łóżko.
Po chwili prawie co do słowa podyktowany list przez towarzysza był już gotów i zapieczętowany ostatnim trzygroszniakiem. Według zwyczaju, od Żydów przyjętego, chuchnął nań Kocio na szczęście
i poszedł.
Tymczasem Marcel wydostał z siennika ukrytych w słomie kilka rubli i złotówek, uśmiechnął się cichaczem, zwlókł się z łóżka i zawoławszy przez okno starą stróżkę, co zamiatała na podwórku, mówiąc, że znalazł dwadzieścia groszy w szparze, kazał sobie przynieść herbaty i kukieł z kawiarni żydowskiej, naprzeciw tego hotelu istniejącej. Potem napisał parę słów, które za dziesięć groszy pod sekretem miała baba odnieść do Jabłuszkowej.
Kocio rezolutnie, jak to każdy w cudzym interesie, wszedł do domku na Głębokiej ulicy, którego ściany w przeciągu tych dwu niespełna lat jakoś zbrudziły się, żółtawy kolor pozacierany; parę szyb wytłuczonych zaklejono papierem; napis tylko czerwoną farbą świecił, a z okna facjatki słychać było szwargotanie i pisk swarliwych bachorków. Zapytawszy się trumniarki, której nos miał zupełnie barwę indyczych korali, czy Szczepaniak albo jego córka są w domu, poseł z przyjemnością dowiedział się, że stary w kuźni, a córka w izbie. Wszedł więc śmiało i bez długich wstępów opowiedziawszy, że mieszka razem
www.distill.pl