Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 43
z Marcelem, który jest śmiertelnie chory, oddał jej list.
Marcysia zbladła, zarumieniła się, po pełnej jej twarzy (bo nabrała jeszcze tuszy) przebiegł dreszcz jakiś, iskry błysnęły w oczach... Po przeczytaniu listu nagle zagasły i tylko grzeczny, mieszczański uśmiech został na ustach.
— To pan Gulmańcewicz tak bardzo chory? — zapytała ciekawie i litośnie.
— Boję się o niego, kochana pani! Może skończyć lada chwila jak nic, brak mu na potrzeby najzwyklejsze, w pomoc przyjść mu sam nie mogę, matka zwłóczy odpowiedź. Wczoraj mu sto pijawek przystawiono.
— Proszę, niech pan siada!
— Wybaczy najdroższa pani — rzekł z dworskością Kocio — ale pilno mi wracać do chorego, żeby go krew nie uszła zupełnie, a i tak niewiele już zostało.
— Kiedy to, widzi pan, dalibóg, nie wiem, co zrobić. Ojcu nie śmiem powiedzieć, bo by zagniewał się na mnie, sama tak mało mogę posłać, że nie śmiem, a z duszy serca chciałabym dopomóc.
— W dobrym uczynku zawsze można być śmiałym, jak ja oto, co nie wahałem się przyjść do nieznajomej w delikatnym interesie kolegi. Ostateczność zaś tłumaczy wszystko, najukochańsza pani! — dodał całując ją w rękę z uszanowaniem.
— I cóż za powód choroby?
— Sam sobie, na nieszczęście, winien, nie szanował się, zaziębił — mruknął Kocio, któremu spodobała się kowalczanka, a przypomniało się powodzenie Marcela u Jabłuszkowej. Po chwili jednak, bacząc na główny powód poselstwa, dodał filozoficznie: — Choć my wszyscy tak, piękna pani! Mądrzy po szkodzie. Ale kto chory, to już chory. Ręczyć pani mogę, że jak tylko matka jego odpisze, natychmiast sam odniosę
Marcysia zbladła, zarumieniła się, po pełnej jej twarzy (bo nabrała jeszcze tuszy) przebiegł dreszcz jakiś, iskry błysnęły w oczach... Po przeczytaniu listu nagle zagasły i tylko grzeczny, mieszczański uśmiech został na ustach.
— To pan Gulmańcewicz tak bardzo chory? — zapytała ciekawie i litośnie.
— Boję się o niego, kochana pani! Może skończyć lada chwila jak nic, brak mu na potrzeby najzwyklejsze, w pomoc przyjść mu sam nie mogę, matka zwłóczy odpowiedź. Wczoraj mu sto pijawek przystawiono.
— Proszę, niech pan siada!
— Wybaczy najdroższa pani — rzekł z dworskością Kocio — ale pilno mi wracać do chorego, żeby go krew nie uszła zupełnie, a i tak niewiele już zostało.
— Kiedy to, widzi pan, dalibóg, nie wiem, co zrobić. Ojcu nie śmiem powiedzieć, bo by zagniewał się na mnie, sama tak mało mogę posłać, że nie śmiem, a z duszy serca chciałabym dopomóc.
— W dobrym uczynku zawsze można być śmiałym, jak ja oto, co nie wahałem się przyjść do nieznajomej w delikatnym interesie kolegi. Ostateczność zaś tłumaczy wszystko, najukochańsza pani! — dodał całując ją w rękę z uszanowaniem.
— I cóż za powód choroby?
— Sam sobie, na nieszczęście, winien, nie szanował się, zaziębił — mruknął Kocio, któremu spodobała się kowalczanka, a przypomniało się powodzenie Marcela u Jabłuszkowej. Po chwili jednak, bacząc na główny powód poselstwa, dodał filozoficznie: — Choć my wszyscy tak, piękna pani! Mądrzy po szkodzie. Ale kto chory, to już chory. Ręczyć pani mogę, że jak tylko matka jego odpisze, natychmiast sam odniosę
www.distill.pl