Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 44
dłużek, co z łaski pani zaniosę dzisiaj koledze... Udaliśmy się do pani wiedząc, że w takich razach zawsze więcej można zaufać damie, chociażby nawet po chwilowym z nią nieporozumieniu.
— Proszę pana, nie tylko panu Gulmańcewiczowi, ale każdemu, co w nieszczęściu, chciałabym dopomóc najchętniej, abym tylko mogła — odparła Marcysia, nieco dumnie podnosząc głowę, jasnymi zwojami włosów cudnie zawsze strojną. — I masz pan słuszność, że nie patrzy się, jak kto tam zasłużył, ino się widzi nieszczęście... Ale, Bóg świadkiem, wstyd mi pożyczyć mu tylko parę rubli — więcej nie mogę.
— Pani dobrodziejko! Te dwa ruble pani warte dwa tysiące rubli... i będę najszczęśliwszy odnosząc je pani pojutrze.
— Nic spiesznego, proszę pana. Choćby i nigdy, to nic nie znaczy. Żeby tylko pan Gulmańcewicz nie wiedział, że to ode mnie... proszę pana na wszystko.
— Czy mam pani dać na to słowo honoru?
— Jak tatunia kocham, w takim jesteśmy teraz położeniu — rzekła zamyślając się smutno — że i taki drobiazg znaczy u nas wiele... Niechby pan Gulmańcewicz znowu napisał, przykro by było odmówić, ale kiedy nie można, to trudno!
— Święte słowa pani... to w takim razie i list niepotrzebny — rzekł Kocio, zręcznie go chowając wraz z rublami do kieszeni.
— O, na miłość boską, tatunio idzie!
— Nie obawiaj się, pani, zamówię się o co innego.
— Ejże! ino po skalmiersku, hejże w tany na klepisku! Dana, dana, dana, od wieczora aż do rana — odezwał się grzmiący głos w sieni i wtoczył się kowal, któremu w osmolonej twarzy nieco błędnie błyskały małe oczęta. — A co to za interes? — zapytał uchylając z lekka rogatywki.
— Czy to prawda, panie gospodarzu, że tu u was mieszkanie do najęcia?
— Choroba... co za mieszkanie?
— Na facjatce... Chyba mnie źle zawiadomili.
— Tam Żyd krawiec, to widać nie tu... ale bodaj to najsiarczystsze pioruneczki, mnie się widzi, że skądsiś znamy się z panem.
— Proszę pana, nie tylko panu Gulmańcewiczowi, ale każdemu, co w nieszczęściu, chciałabym dopomóc najchętniej, abym tylko mogła — odparła Marcysia, nieco dumnie podnosząc głowę, jasnymi zwojami włosów cudnie zawsze strojną. — I masz pan słuszność, że nie patrzy się, jak kto tam zasłużył, ino się widzi nieszczęście... Ale, Bóg świadkiem, wstyd mi pożyczyć mu tylko parę rubli — więcej nie mogę.
— Pani dobrodziejko! Te dwa ruble pani warte dwa tysiące rubli... i będę najszczęśliwszy odnosząc je pani pojutrze.
— Nic spiesznego, proszę pana. Choćby i nigdy, to nic nie znaczy. Żeby tylko pan Gulmańcewicz nie wiedział, że to ode mnie... proszę pana na wszystko.
— Czy mam pani dać na to słowo honoru?
— Jak tatunia kocham, w takim jesteśmy teraz położeniu — rzekła zamyślając się smutno — że i taki drobiazg znaczy u nas wiele... Niechby pan Gulmańcewicz znowu napisał, przykro by było odmówić, ale kiedy nie można, to trudno!
— Święte słowa pani... to w takim razie i list niepotrzebny — rzekł Kocio, zręcznie go chowając wraz z rublami do kieszeni.
— O, na miłość boską, tatunio idzie!
— Nie obawiaj się, pani, zamówię się o co innego.
— Ejże! ino po skalmiersku, hejże w tany na klepisku! Dana, dana, dana, od wieczora aż do rana — odezwał się grzmiący głos w sieni i wtoczył się kowal, któremu w osmolonej twarzy nieco błędnie błyskały małe oczęta. — A co to za interes? — zapytał uchylając z lekka rogatywki.
— Czy to prawda, panie gospodarzu, że tu u was mieszkanie do najęcia?
— Choroba... co za mieszkanie?
— Na facjatce... Chyba mnie źle zawiadomili.
— Tam Żyd krawiec, to widać nie tu... ale bodaj to najsiarczystsze pioruneczki, mnie się widzi, że skądsiś znamy się z panem.
www.distill.pl