Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 45
— Wątpię, szanowny gospodarzu, bo niedawno, jak przyjechałem do Warszawy.
— Tak? Mnie się zdało, żem pana widział... Nie znasz pan czasem pana Gulmańcewicza?
— A cóż za nazwisko, u licha — odparł z uśmiechem Kocio. — Nie znam, kochany panie!
— Choroba tam z nazwiskiem! Jeszcze pół biedy, ale jego... niech tam!... e — niech mu Bóg wybaczy!
— Cóż to za pan Gulmańcewicz?
— Tak sobie — odparł Szczepaniak, na którego córka mrugnęła.
Kocio ukłoniwszy się z układną, obłudną grzecznością odszedł. Po drodze wstąpił na parę kolejek jamai, resztę ze zmienionego rubla schował do kieszeni, a drugiego rubla poniósł do Gulmańcewicza, postanowiwszy dotrzymać słowa Marcysi, która mu wpadła w oko i cudackie plany pobudziła w odurzonej mózgownicy. Drapiąc się po wąskich wschodach do numeru posłyszał głos kobiecy i wpadł szybko: wysoka sucha kobieta w wieku, cery żółtej, siwiejących włosów, w czarnej sukni, siedziała na łóżku i trzymając w ręku dłoń chorego, ze łzami wpatrywała się w zmienione jego oblicze, którego już nie okalały pudelkowate loczki... Czupryna ostatniego z Gulmańcewiczów zrzedła straszliwie, kartofelkowaty nosek wyciągnął się jak wyschła pietruszka, okrągłe oczki wygasły... Kociowi łatwo było domyślić się, że to matka. Kontrolerowa, co mimo urazy do syna, wzruszona jego listem zjechała do Warszawy, zmierzyła od stóp do głów przenikliwym wzrokiem przybysza i zapytawszy po francusku Marcelka, co to za jegomość, z lekka odkiwnęła głową na grzeczny jego ukłon, ale patrząc na krostowatą twarz jego zadrżała na myśl o strasznym towarzystwie, w jakie popadł jedynaczek kochany.
Marcysia tymczasem, podumawszy przez chwilę, roześmiała się w samotności tęsknie i pogardliwie. Po tym wszystkim, co zaszło, prośba o pomoc, żebranie o wsparcie dumnego w jej mniemaniu panicza, który jej nie poznał, ojcu tyle razy uchybił — syna pani