Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 46
Kontrolerowej, co zarwawszy od nich pieniędzy, dotychczas zaledwie mniejszą połowę długu zapłaciła — we właściwym nareszcie świetle uwydatniło przed nią dawnego ulubieńca... Straszną bywała obrażona pycha magnacka, straszniejszą bywa miłość własna dumnego a zimnego człowieka, ale najdrażliwszą, najwytrwalszą w urazie jest tak zwana niższa, pracowita warstwa... O ile gotowa na wszystko dla tego, co się do niej zbliży i żyć z nią pragnie, o ile sama pyszni się, że z nią raczy przestawać, o tyle ubliżenia, lekceważenia, wyróżnienia się z jego strony nigdy nie wybaczy. Pogardzać uczuciem swoim Marcysia nie mogła, bo ten pierwszy głos serca, tak jak poranny głos dzwonka na modlitwę, świętym, nietykalnym pozostał w jej pamięci — lecz trudniej by jej było pogardzić pysznym i złym niż tym niedorzecznym i upokorzonym smykiem, który zaledwie teraz litość w niej obudził. Wiedząc od ojca Jakuba, że się wydalił od architekta i żył z ludźmi niedobrego prowadzenia, przypuszczała, że to tylko udana choroba dla wyłudzenia pieniędzy. Domowe kłopoty i zmartwienia myśl jej oddalały od marzeń i wspomnień miłosnych.
Szczepaniak od niejakiego czasu zaczął cokolwiek zalewać sprawę, robota szła w kuźni nie tak porządnie jak przedtem, a Maciusia już nie było. Wyzwolił się on na majstra, założył sobie kuzienkę na Dzikiej ulicy i miał wkrótce poprowadzić do ołtarza Fidrykowę z indyczym nosem, do której tak się przyzwyczaił, że mu już nie podobna było obejść się bez niej.
Nie tylko w domowym gospodarstwie, ale i we wszystkim Marcysia musiała nieraz myślić, pilnować i zastąpić ojca, tak jakby stała na czele domu. Nabrała tuszy i śmiałości w obejściu, wyprzystojniała, ale młodziutka, niepełnoletnia jeszcze dziewczyna wyglądała na dwadzieścia kilka lat. Przyzwyczajając się do
Szczepaniak od niejakiego czasu zaczął cokolwiek zalewać sprawę, robota szła w kuźni nie tak porządnie jak przedtem, a Maciusia już nie było. Wyzwolił się on na majstra, założył sobie kuzienkę na Dzikiej ulicy i miał wkrótce poprowadzić do ołtarza Fidrykowę z indyczym nosem, do której tak się przyzwyczaił, że mu już nie podobna było obejść się bez niej.
Nie tylko w domowym gospodarstwie, ale i we wszystkim Marcysia musiała nieraz myślić, pilnować i zastąpić ojca, tak jakby stała na czele domu. Nabrała tuszy i śmiałości w obejściu, wyprzystojniała, ale młodziutka, niepełnoletnia jeszcze dziewczyna wyglądała na dwadzieścia kilka lat. Przyzwyczajając się do
www.distill.pl