Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 49
wały świetności ich siedzibie i nazwie. Trafnie przewidział Beleński, że panna dowiedziawszy się o prawdziwym autorze listów i anakrostyku, kto wie, czy nie zapragnie, aby więcej takich utworów wysławiało jej wdzięki i galwanizowało serce nieprzystępne. Istotnie — przyszła kolej i na Pawła, w kamerze obskurze jej wyobraźni znana jego postać i osobistość jakby nowych nabrała rysów. Znajdowała w nim przymioty, których nikt nie widział; prześlepiała te, co uznawali wszyscy. Cokolwieczek zaś większa dbałość o ubiór podczas tej ostatniej jego wycieczki na wieś wywarła na niej głębsze jeszcze wrażenie, podsycane przez Beleńskiego ustawicznie.
Ten sentyment panny (dwunasty cięższego kalibru, nie wspominając o lżejszych), ulegając zapewne wpływowi latek, rozwijał się powolniej od poprzednich i rokował widocznie dłuższą trwałość. Nie zamyślała się tak często, nie mizerniała, o szarej godzinie samotności nie szukała ani w ogrodzie po cienistych szpalerach nie marzyła z księżycem za często — ale widując kilka razy dziennie przedmiot swojego zajęcia, lubiła coraz bardziej rozmawiać i zastanawiać się nad tym, co jej mówił; prosiła go nawet, żeby jej wybierał książki do czytania i przywykła do jego towarzystwa, które stało się dla niej prawie niezbędnym. Paweł nie wiedząc, że strzeliste frazesy biletów Gulmańcewicza, których tajemnica była dla niej jawna, tak go wysoko w wyobrażeniu jej postawiły; sądząc, że dawna li znajomość, wrodzona dobroć panny i próżniacze życie na wsi wywołują tę łaskawość — ani się domyślał, co się kluło wkoło niego — za mało miał śmiałości i giętkości światowej, żeby mógł przeniknąć siatkę uczciwych intryżek i planów, którymi go dyplomacja Beleńskiego osnuła. Zresztą tak był smętnie szczęśliwy z pobytu na wsi, z możliwości widywania
Ten sentyment panny (dwunasty cięższego kalibru, nie wspominając o lżejszych), ulegając zapewne wpływowi latek, rozwijał się powolniej od poprzednich i rokował widocznie dłuższą trwałość. Nie zamyślała się tak często, nie mizerniała, o szarej godzinie samotności nie szukała ani w ogrodzie po cienistych szpalerach nie marzyła z księżycem za często — ale widując kilka razy dziennie przedmiot swojego zajęcia, lubiła coraz bardziej rozmawiać i zastanawiać się nad tym, co jej mówił; prosiła go nawet, żeby jej wybierał książki do czytania i przywykła do jego towarzystwa, które stało się dla niej prawie niezbędnym. Paweł nie wiedząc, że strzeliste frazesy biletów Gulmańcewicza, których tajemnica była dla niej jawna, tak go wysoko w wyobrażeniu jej postawiły; sądząc, że dawna li znajomość, wrodzona dobroć panny i próżniacze życie na wsi wywołują tę łaskawość — ani się domyślał, co się kluło wkoło niego — za mało miał śmiałości i giętkości światowej, żeby mógł przeniknąć siatkę uczciwych intryżek i planów, którymi go dyplomacja Beleńskiego osnuła. Zresztą tak był smętnie szczęśliwy z pobytu na wsi, z możliwości widywania
www.distill.pl