Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 5
łość. Drobne odcienia wzajemności z jej strony już wydają się mu pewnością i przewracają w głowie aż do pogardzenia Marcysią, aż nawet do lekceważenia Jabłuszkowej, z którą po wyprowadzeniu się z Mostowej i przegraniu procesu nie zerwał jednak przyjaznych stosunków.
„Panie, żądasz odpowiedzi" — zaczęła pisać po francusku Karolina w buduarze siostry i przekreśliła. „Panie, powina bym gniewać się" — przekreśliła znowu. „Panie! Była to śmiałość z jego strony kłaść w mufkę podczas nabożeństwa bilecik, gdyby kto..."
Do salki tymczasem na palcach wszedł Staś, skwapliwie schwycił numer „Magazynu", który zostawiła na kozetce. Wszyscy domowi czytali już anakrostyk do Karoliny, domyślając się nawet, że to do ich Karoliny, bo posłaniec jakiś, nie mówiąc od kogo, przyniósł to pismo, którego nie prenumerowali. Wyrostek wyjął z kieszeni podarte świstki jakiegoś zapisanego na brulion papieru, poszedł do sali bilardowej, poskładał — i porównawszy z anakrostykiem drukowanym, tryumfująco pobiegł do ojczyma.
— Przeczytajże teraz, papa, i przekonaj się! A co?
— Coś podobnego, coś... ten... zdaje się.
— Aha! wygrałem dwa ruble i jeszcze wygram dwa, bo jakem mówił tyle razy papie, słyszałem najwyraźniej, że to pan Sarmiewicz pisał, nie od siebie, tylko prosił go ten jego kuzyn Gulmańcewicz. Pan Sarmiewicz nawet odradzał mu — na własne uszy słyszałem.
— Wstydźże się, Stasiu, podsłuchiwać, ten, jakże? to niepięknie! Ale nie kłam no tylko, słyszałeś na... ten... naprawdę słyszałeś?
Nagle weszła pani Celestynowa: mąż i syn po studencku skręcili rozmowę na inny przedmiot, a brulion anakrostyku zniknął w kamizelce Celestyna, który po-