Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 50
archanielskich oczu, tak potrzebne mu było opiatyczne upajanie się dźwiękiem jej głosu... Tyle mu nadto chwil zajmowała robota i towarzystwo Beleńskiego, że nie miał nawet czasu zastanawiać się i tłumaczyć sobie we właściwy sposób zaczepek twierdzy, niezdolnej wywrzeć na nim głębszego wrażenia. Znał jej romansowość, przestrzegał o niej kuzyna nie na darmo i nie pragnął nigdy zapisać się na liście ofiar lilii nieubłaganej.
Beleński często i pani Aniela rzadziej zaczęli go z początku prześladować żartobliwie panną Karoliną, nareszcie kiedyś dali mu do zrozumienia oboje, że szkoda marnować lat bezżennie, jak w ogóle młodzież dzisiejsza, że dla samego dobrego przykładu wypadałoby poprowadzić do ołtarza hożą jaką dziewoję z porządnego szlacheckiego domu — tym bardziej że wynaleźć jej nie tak trudno, bo aby tylko chciał, blisko niego się znajduje, w trzecim pokoju, a familia byłaby najszczęśliwszą, żeby stwierdzić przyjaźń pokrewieństwem. Paweł myślał z początku, że to żarty. Kiedy najwyraźniej mu to potwierdzono, przypuścić nie mógł, żeby panna, a zwłaszcza też pani Celestynowa, przyjąć go mogły w charakterze konkurenta. Odgadł zabiegi i poparcie przyjaciół dających mu tak oczywisty dowód serdecznej życzliwości — rozrzewnił się, ale go zabolało, że pani Aniela tak skwapliwie jak mąż pragnie go wyswatać. Zamiast tego dowodu przyjaźni wolałby może lekceważenie lub niechęć... Są bo chwile, gdzie i najpoczciwszy, najbardziej sercowy człowiek bywa egoistą, a przy tym artystyczna dusza Pawła czując głęboko marzyła wzniośle, postaciowała sobie idealnie ukochaną istotę, co teraz broniła mu już tych marzeń na wieki...
Rozmowa ta miała miejsce w ogrodzie, na ganku przed dworem. Służący zameldował, że przyjechał