Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 51
spodziewany urzędnik ekonomiczny, do którego Beleński miał interes, pobiegł też przyjąć go natychmiast, Aniela zaproponowała przejść się nieco po ogrodzie, Paweł machinalnie poszedł za nią...
Przed wieczorem na schyłku już lata było spokojnie, jasno; za resztkami zwalisk zameczka, gdzie to ongi Celestyn wyprawiał hece, na wzgórzu widać było zasadzonych już kilka świerków, modrzewi i rusztowanie kaplicy, w dali niebieszczała rzeka, las wydatnie zieleniał, słońce odznaczało rozliczne odcienia liści, tak malownicze w tej porze stworzonej do zdejmowania krajobrazów. Patrząc na wysmukłe stworzenie, co z takim mimowolnym wdziękiem przesuwało się pod drzewami w milczeniu, odwracając się czasem do towarzystwa, zdawało się go badać marzącym spojrzeniem, życzliwym uśmiechem; przeczuwając może instynktem, że im obojgu przyjemnie iść ze sobą i patrzyć na siebie, Paweł porównał mimo woli obie siostry, z których jedną tak niespodziewanie mu ofiarowano, i przypomniał sobie tę samą Anielę, z którą szedł milczący — uroczą, marzącą dziewicę, łaskawą i dobrą dla nieśmiałego, niezgrabnego nauczyciela, którą obraził tak dotkliwie i cześć dziewicy-anioła śmiał niecnym podejrzeniem pokalać. A tu szła przed nim ta sama, co mu nie powinna była nigdy przebaczyć, łaskawsza i życzliwsza niż dawniej, jego bez majątku, imienia i powierzchowności pragnąca zrównać i na zawsze połączyć ze swoimi. Więc korzystać ze skinienia trafu, zostać zwyczajnym, możnym człowiekiem, wyprzeć się serca dla niej lub też oszukiwać tamtą?
Idealiści są to, jak wiadomo, niepraktyczni ludzie i gotowi nieraz zaryzykować całą karierę, jak to mówią ludzie praktyczni, poświęcić więcej dla jakiegoś swojego widzimisię, niż dla kaprysów poświęcają ko-