Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 52
biety, z którymi pod względem wrażliwości mają wiele wspólnego.
Paweł walcząc ze sobą przez chwilę i wahając się nareszcie rzekł nieśmiało:
— Zawstydziliście mnie państwo dobrocią i łaskawością, nie wiem istotnie, jak wam wywdzięczyć się choć w części za przyjaźni tyle, tym bardziej że tego zaszczytu uznaję się niegodnym.
— Czemu? — zapytała żywo, nie patrząc mu w oczy.
— Nie sądzę, żeby mnie panna Karolina kochała.
— Pokocha.
— Nie mam nic, ona bogata — partią nierówna.
— Potrafisz pan sobie aż nadto zapewnić niezależność, a to więcej znaczy niż posag mojej siostry.
— Matka jej...
— Powtarzam, że przystanie chętnie. A to przyjemnie by było Karolci, gdyby dowiedziała się, że nie o jej rękę, ale o pańską trzeba się dobijać — dodała żartobliwie.
— Panna Karolina jest osobą nader miłą, nie podobna nie wielbić jej dobroci i wdzięków, ale żenić się jakby dla widoków tylko, kiedy własne serce milczy...
Kobieta milczała także, tylko lekki rumieniec przebiegł jej po twarzy.
— Serce pańskie bije żywiej dla swojego zawodu, dla wyższych celów, do których droga nieraz tak przykra, że — zdaje mi się — dobra żona nie utrudni jej — dodała żywo po chwili.
— Każdy cel, każdy zawód stokroć piękniej wygląda, jeśli nań patrzy razem z nami i błogosławi mu ukochana istota! — zawołał z ogniem.
— Są ludzie, co im tak łatwo o wybór — dodał po chwili — co dzisiaj potrafią, zdaje się, wyprzeć tego, co czuli wczoraj, i żyją szczęśliwi... Dla drugich to trudniej... tłumiąc w sobie głos serca, wyrwać go jed-