Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 53
nak z piersi nie mogą. Nie śmieją wyjawić go nigdy, nie zaprzedadzą wspomnień. Kobieta milczała.
— Raz tylko w życiu ukazuje się jasny anioł... i ja go widziałem na wstępie do życia.
Kobieta drgnęła.
— Nie śmiejąc marzyć nawet, żeby tak zwrócił ku mnie spojrzenie jak ja ku niemu, śmiałem jednak niecnym podejrzeniem ubliżyć mu na wieki... Ani szał młodzieńczy, ani ślepa namiętność, wiem, że nic nie zdoła mnie usprawiedliwić we własnych oczach, nawet przebaczenie... Com się wycierpiał, Bóg wie tylko jeden. Dlatego też czczę moje cierpienia. Dotychczas mi wystarczyły w samotnym życiu, którego nie chcę porzucać. Dostatek, szczęście domowe to nie dla mnie; lubię pracę i jej tylko chcę przyszłość moję zawdzięczać.
Kobieta zarumieniła się i pochyliła głowę, jakby woń od jakiego wiosennego kwiatu zapachniała jej nagiej podniosła ją, jakby przysłuchując się ulubionej pieśni, której dźwięk z daleka pieścił jej ucho; oczu nie śmiała odwrócić, na ustach zadrgał jakiś wyraz nieujęty, jakby coś chciała powiedzieć, a chwilowy urok więził jej słowa. Pomieszana wahała się, czy wrócić ku dworowi, czy też przedłużyć przechadzkę, a szli właśnie koło zwalisk, gdzie po zielskach i trawach ślizgały się słońca zachodzącego ostatnie promyki.
Nagle rozległ się wystrzał i krzyk przeciągły, a od strony podwórza tuż ku nim pędził jak strzała rozjuszony brytan z pianą u pyska, z krwią zaszłym ślipiem, a za nim ludzie z kijami i strzelbami.
Aniela, choć zwykle przytomna, taki przestrach wstrząsnął teraz wszystkimi jej nerwami, że krzyknęła i pochyliła się, jakby mdleć miała. Bardziej przeraził się Paweł, ale w mgnieniu oka schwyciwszy ją na rę-