Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 54
ce jak dziecko, pobiegł w bok parę kroków, posadził na darniowej ławce i o mało co nie padł na ziemię. Tchu mu brakło, tak biegł szybko. Siadłszy przy niej, pod wpływem jeszcze przestrachu kobieta, blada jakkby kwiat kalii, konwulsyjnie trzymała go za ręce. Kiedy wystrzał znów usłyszała, głowę mimo woli oparła mu na ramieniu, dreszcz ją przebiegał gwałtowny i tak przez chwilę z przymkniętymi oczyma, z otwartymi ustami tuliła się, jakby niebezpieczeństwo nie przeminęło, jakby chcąc wyrwać się ze snu ciężkiego, co ją strasznym widziadłem przerażał. Pawłowi wydawało się także, czując przy twarzy swojej wonne sploty jasnych włosów, że to sen, ale uroczy, ale najpiękniejszy, jaki miał w życiu, którym by chciał prześnić je całe.
Nagle przyszła do siebie, odsunęła się z lekka, rumieniec gwałtowny oblał twarz wybladłą, niebieskie oczy spojrzały nań zrazu tym czarownym, życzliwym blaskiem, co natychmiast lata młodzieńcze stawił na pamięci i za wszystkie cierpienia stokroć wynagrodził. Po chwili kilka łez opadło z długich rzęsów. Wstała, ale chwiejąc się jeszcze, jakby w odurzeniu, wsparła się na jego ręce, i tak szli, milcząc, po liściach szeleszczących im pod stopami, w cieniu topól, których gałęzie szary mrok otaczał zwolna... Ale po każdym śnie następuje przebudzenie. Kiedy się zbliżali do dworu, Aniela rzekła wzruszonym głosem, ściskając mu rękę:
— Nie chcesz pan być moim krewnym, odrzucasz prośbę przyjaźni naszej, mimo to zawsze pozostanę pańską siostrą i byłoby dla mnie męczarnią, gdybyś kiedy zwątpił o tym.
— A gdzieżeście państwo schronili się? Szukamy po całym ogrodzie i znaleźć nie możemy — mówił Beleński z poprzecznej ulicy wybiegając z panną Karo-