Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 55
liną, co usłyszawszy krzyk siostry dotychczas miała oczy zapłakane z obawy, czy jej wściekły pies nie pokąsał przypadkiem.
W kilku słowach wyjaśniło się wszystko.
— Ach! dziękuję z serca, panie Pawle! — mówił Beleński ściskając mu rękę tak energicznie, że aż go zabolała.
— Mnie to byś pan nie potrafił udźwignąć tak szybko — rzekła z uśmiechem panna Karolina.
Przyjechał Celestyn z żoną, parę osób z sąsiedztwa, Aniela bardzo była ożywiona, rozmowna i wesoła, ale przez cały wieczór wzrok jej nie spotkał się ani razu ze spojrzeniem Pawła, który mówiąc to z Beleńskim, to z panną Karoliną, zaledwie po kilka słów chwytał i pojmował z ich rozmowy — aż nawet roztargniony coraz więcej Celestyn zwrócił na to uwagę i poszepnął Beleńskiemu, że Sarmiewicz widocznie, ten, zakochany w Karolci. Beleński zgrzytnął zębami i pokręcił wąsa.
Dnia następnego był obchód imienin w sąsiedztwie. Paweł nie chciał jechać z Beleńskimi i na konnej przejażdżce strawiwszy kilka godzin, kiedy już przed wieczorem wracał, koło kaplicy nagle jednym prawie skokiem ze wzgórza sunął jakiś mężczyzna i biegł ku niemu tak szybko, że mu konia wystraszył.
— Panie budowniczy, panie Pawle kochany! — zawołał dźwięczny głos ze wzruszeniem i silna, męska dłoń uchwyciwszy mu rękę o mało co go nie zsadziła na ziemię.
Paweł z początku nie mógł poznać tego mężczyzny krzepkiej budowy, wyrazistych oczu, z ciemnym, gęstym zarostem, ze szramą podłuż czoła, ruchów pewnych siebie, jakby wojskowych. Ale jak tylko głos jeszcze raz posłyszał, zeskoczył z konia i cisnął mu się na szyję.