Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 59
oczu na każdym przybywającym wiedziała, a wierzyć nie mogła, żeby tak przystojny mężczyzna, przyzwoity w ubiorze i w obejściu, mógł być tylko rzemieślnikiem, zwłaszcza że mówił nienajgorzej po francusku. Przypuszczając jakąś mistyfikację ze strony szwagra, wzmocniła naboje i rozpoczęła nareszcie ogień tak morderczy, tyle rac, kartaczy, dwunastofuntówek padało na Józiaka, że twarz jego, ciągle za cel służąca, musiała mu zapłonąć i Beleńskiemu naprawił się humor, dotychczas kwaśny i zgryźliwy.
Odebrawszy pieniądze Józiak pragnął jak najspieszniej wyjechać do Warszawy — i widząc, że się Paweł ociąga, chciał już sam puścić się w drogę, ale trzeciego dnia z rana poprosiła go do siebie pani Aniela i wypytując ze szczerym zajęciem o wypadki wędrówki, ciesząc się, że tak pięknie potrafił użyć czasu, zapytała nagle ciszej, drżącym nieco głosem:
— Słyszałam, żeście panowie zamierzali razem z  panem Sarmiewiczem jechać do Warszawy, kiedy jedziecie?
— Chciałbym jak najspieszniej, choćby dziś, choćby jutro, łaskawa pani!
— Ach! jakby to dobrze było, dałabym panu notatkę sprawunków, którą byś pan do własnych rąk pana Sarmiewicza doręczył. Więc jutro, proszę pana...
Tak była zmieniona, mizerna, że Józiakowi krajało się serce. Przeczuwając, że ten odjazd potrzebnym być musi, naglił go, ale Paweł zwłóczył i zwłóczył. Będąc z nim sam na sam tak Paweł czasem nagle zamyślał się i posępniał, w odpowiedziach tak był roztargniony i nielogiczny, że chłopiec domyślać się zaczął tajemnicy jakiejś, groźnej dla nich obojga; tym bardziej, że
  pani Aniela nie pokazywała się zupełnie. Drżąc więc, aby się kto inny prócz niego nie domyślił, nale-