Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 60
gał coraz bardziej, aż mu niecierpliwie raz odpowiedział:
— Jedź sam, nie wstrzymuję cię. Nie, nie, bracie kochany, poczekaj tylko do jutra, pojedziemy! — dodał po chwili łagodniej.
Przeszło jutro i pojutrze, Józiak wiedział, że Paweł nie spał przez dwie noce, tylko chodził po pokoju, wpadły mu oczy, ręce drżały gorączkowo, pracował, to prawda, od rana do wieczora, ale ani pomyślał o wyjeździe. Nareszcie trzeciego dnia z rana, kiedy czytając książkę postanowił rozmówić się z Pawłem szczerzej, ten porwał się nagle od rajzbretu, otworzył okno od ogrodu i wyskoczywszy szybko, pobiegł jak strzała ku zwaliskom, gdzie ponad sadzawką przechadzała się pani Aniela z synkiem, który szpicrutą ścinał głowy chwastom nadbrzeżnym. Uchwycił namiętnie jej rękę i tuląc do ust, dopiero po upływie minuty zdołał powiedzieć ze łzami w oczach:
— Przecie, odżyłem. Widzę panią zdrową... A, mój Boże!
Kobieta obejrzała się lękliwie, nikogo nie było, tylko synek uśmiechał się z filuterną naiwnością, patrząc na rozczochrane włosy Sarmiewicza, który drżał z zachwytu, nie widząc zrazu, jak niebieskie oczy poczerwieniały i wpadły, gorączka opiekła pełne usta — i chorobliwe, żółte tony przebijały w cerze delikatnej.
— Panie Pawle! — rzekła szybko po francusku, nie patrząc na niego, a rumieniąc się nagle — zaklinam na wszystko, co najświętsze dla pana, na wspomnienie matki, na przyjaźń naszą, wyjeżdżaj pan stąd natychmiast! Oszczędzisz cierpienia nie tylko mnie, Bóg cię za to wynagrodzi, będę Go co dzień błagała za ciebie. Tyle ci zawdzięczam, wyratowałeś mnie od
— Jedź sam, nie wstrzymuję cię. Nie, nie, bracie kochany, poczekaj tylko do jutra, pojedziemy! — dodał po chwili łagodniej.
Przeszło jutro i pojutrze, Józiak wiedział, że Paweł nie spał przez dwie noce, tylko chodził po pokoju, wpadły mu oczy, ręce drżały gorączkowo, pracował, to prawda, od rana do wieczora, ale ani pomyślał o wyjeździe. Nareszcie trzeciego dnia z rana, kiedy czytając książkę postanowił rozmówić się z Pawłem szczerzej, ten porwał się nagle od rajzbretu, otworzył okno od ogrodu i wyskoczywszy szybko, pobiegł jak strzała ku zwaliskom, gdzie ponad sadzawką przechadzała się pani Aniela z synkiem, który szpicrutą ścinał głowy chwastom nadbrzeżnym. Uchwycił namiętnie jej rękę i tuląc do ust, dopiero po upływie minuty zdołał powiedzieć ze łzami w oczach:
— Przecie, odżyłem. Widzę panią zdrową... A, mój Boże!
Kobieta obejrzała się lękliwie, nikogo nie było, tylko synek uśmiechał się z filuterną naiwnością, patrząc na rozczochrane włosy Sarmiewicza, który drżał z zachwytu, nie widząc zrazu, jak niebieskie oczy poczerwieniały i wpadły, gorączka opiekła pełne usta — i chorobliwe, żółte tony przebijały w cerze delikatnej.
— Panie Pawle! — rzekła szybko po francusku, nie patrząc na niego, a rumieniąc się nagle — zaklinam na wszystko, co najświętsze dla pana, na wspomnienie matki, na przyjaźń naszą, wyjeżdżaj pan stąd natychmiast! Oszczędzisz cierpienia nie tylko mnie, Bóg cię za to wynagrodzi, będę Go co dzień błagała za ciebie. Tyle ci zawdzięczam, wyratowałeś mnie od
www.distill.pl