Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 61
wściekłego zwierza, wyratuj mię tym ostatnim poświęceniem!
— Nie obawiaj się, pani, szaleństwo ludzkie nie tak niebezpieczne, a jam jeszcze nie oszalał — dodał smutno Paweł z gorzkim uśmiechem.
— Niedobry jesteś... szczerość moja to wielkie poświęcenie ze strony kobiety — rzekła wskazując na synka. — Chciałam ci tylko dać dowód, jak ci ufam, jak... Zlituj się nade mną! Zmiłuj się nade mną! Nie wiem, co mówię... Jedź! Wymagam tego — dodała wycierając oczy. — Ach! siostra zoczyła nas, idzie tu — zawołała po chwili — przejdź pan tędy do kaplicy, potem może się uspokoję, teraz nie wiem, co się dzieje ze mną... Bądź zdrów!
I ścisnęła mu rękę, i kiedy wielkie niebieskie oczy utkwiły na chwilę w jego wzroku, zdawało się mu, jakby ich spojrzenie od ust do serca przeleciało mu jednym ognistym uściskiem.
Pobiegł do kaplicy, Beleńskiemu nie wspomniał, że spotkał żonę w ogrodzie, wieczorem rozmawiał z kobietami wesoło i wcale nie był roztargniony. Nazajutrz ważny interes zmyśliwszy przed Beleńskim, który się mu badawczo, ale i przychylnie przyglądał, odjechał obiecując, że jeszcze na początku jesieni przyjedzie pokierować dalszą budową kaplicy. Przez całą drogę prawie słowa do Józiaka nie wyrzekł i dopiero w Warszawie, wszedłszy znów do ciasnej swojej stancyjki (od wyjazdu Beleńskich na wieś wyprowadził się natychmiast z ich domu), rzucił okiem na łóżko, stół, parę krzeseł, szafę, mnóstwo książek i papierów — całe jej umeblowanie składających i zawołał z gorączkowym uniesieniem:
— Bieda i praca, Józiaku, to najlepsza kochanka, najwierniejsza przyjaciółka, i tym, co do niej nawykli, niedobrze, kiedy się od niej oderwą!... Pójdziemy ju-