Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 62
tro odwiedzić Szczepaniaka, tymczasem mieszkaj ze mną, bracie!
Ale minęło niemało juter, zanim mógł mu dotrzymać obietnicy; rozchorował się na zapalenie mózgu. Imię, które wymawiał w malignie, tylko słyszał Józiak jeden i nie wspomniał mu o nim, kiedy wyzdrowiał.
III
— A choroba, chłopaczku, na jakiegoś ty mi pana wyrósł. A toćże to furda teraz przy tobie pan Marcin, niech mu tam Pan Bóg nie pamięta! Bóg ci zapłać, żeś mi dotrzymał słowa... i powrócił jeszcze, nim człek wyciągnął gicały. Krucho bo ze mną, panie Józefie, diablo krucho! — wołał Szczepaniak podniosłszy się na łóżku, kiedy Józiak natychmiast po przyjeździe do Warszawy pobiegł go odwiedzić raz pierwszy z ojcem Jakubem.
— Ano nie gadalibyście trzy po trzy, darmo nie bluźnili, mój kumie, i pana Józiaka nie zasmucali na powitanie. Zaniemogliście, ano to prawda! Aleć Bóg łaskaw, brachu, i z najcięższej niemocy ludzie wyłażą — rzekł pocieszająco ojciec Jakub, choć mu jak Józiakowi wilgotniały oczy na widok wybladłej, opuchłej, nalanej twarzy kowala, niegdyś tak czerstwej i energicznej, którą nie ogolony, siwawy zarost okalał niepotrzebną smugą, jak pajęczyna rękojeść zardzewiałej szabli wiszącej na ścianie.
— Przenajświętsza Panno Sokalska! majster będziesz zdrów jeszcze jak ryba. Taćże to śmierci się nieraz w oczy zaglądało, ale Kostusia boi się starych wojaków... Ho, ho! albo to raz kołatała do mnie, przenajsłodsze imię Jezu!... Ino ja jej: „A wasani tu po co, widziałaś ją! ja się tam kosy nie zlęknę! Precz mi, bo jak cię zamaluję!..." Toteż stara Jakubowa zuch jesz-
Ale minęło niemało juter, zanim mógł mu dotrzymać obietnicy; rozchorował się na zapalenie mózgu. Imię, które wymawiał w malignie, tylko słyszał Józiak jeden i nie wspomniał mu o nim, kiedy wyzdrowiał.
III
— A choroba, chłopaczku, na jakiegoś ty mi pana wyrósł. A toćże to furda teraz przy tobie pan Marcin, niech mu tam Pan Bóg nie pamięta! Bóg ci zapłać, żeś mi dotrzymał słowa... i powrócił jeszcze, nim człek wyciągnął gicały. Krucho bo ze mną, panie Józefie, diablo krucho! — wołał Szczepaniak podniosłszy się na łóżku, kiedy Józiak natychmiast po przyjeździe do Warszawy pobiegł go odwiedzić raz pierwszy z ojcem Jakubem.
— Ano nie gadalibyście trzy po trzy, darmo nie bluźnili, mój kumie, i pana Józiaka nie zasmucali na powitanie. Zaniemogliście, ano to prawda! Aleć Bóg łaskaw, brachu, i z najcięższej niemocy ludzie wyłażą — rzekł pocieszająco ojciec Jakub, choć mu jak Józiakowi wilgotniały oczy na widok wybladłej, opuchłej, nalanej twarzy kowala, niegdyś tak czerstwej i energicznej, którą nie ogolony, siwawy zarost okalał niepotrzebną smugą, jak pajęczyna rękojeść zardzewiałej szabli wiszącej na ścianie.
— Przenajświętsza Panno Sokalska! majster będziesz zdrów jeszcze jak ryba. Taćże to śmierci się nieraz w oczy zaglądało, ale Kostusia boi się starych wojaków... Ho, ho! albo to raz kołatała do mnie, przenajsłodsze imię Jezu!... Ino ja jej: „A wasani tu po co, widziałaś ją! ja się tam kosy nie zlęknę! Precz mi, bo jak cię zamaluję!..." Toteż stara Jakubowa zuch jesz-
www.distill.pl