Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 63
cze, sakre nądi! A co, prawda, panie Józiaku, jak to pięknie we Chrancji? Wódkę ino tam przezywają konik, konik co prawda to droga, ale wino, Przenajświętsza Panienko, za bezcen... Ho, ho, Jakubowa pamięta wszystko... diwę, delodwi, marsz, anawan, prezante arm!
— A bodaj to najsiarczystsze pioruneczki nie zatrzasły! Że też nigdy, matko, nie pofolgujecie językowi i musi znowuście dziś bąbnęli parę miarek u Mośkowej... Toćże widzicie, że pan Józef już nie chłopaczek i ma co innego w myśli, niż tam słuchać podufałego pytlowania.
— E, panu Józiakowi, kumie Szczepanie, widzi mi się, zawdy po dawnemu z oczu patrzy poczciwość... nie pogardzi starą Jakubową, nie! A Przenajświętsza Panno, kiej człek kawał światu zwiedzi, zara co innego, zara znać, że był we Chrancji, szkoda ino, żeście nie byli jeszcze w Ficzpanii. Śliczności chłopak, ani umywać się Gulmańcewiczowi... ho, ho, napiecze Marcychna raczków, kiej go zobaczy! Przenajsłodsze imię Jezu! A co wam też, panie Józiaku, tak zajechało po czole: szabla czy kulka? To nic, to zdrowo... kiep żołnierz, co nie plezerowany, mówił u nas kapitan Nieszokoć, świeć, Panie, nad jego duszą, a był nie przymierzając krzyna wyższy...
— A choroba, Jakubowa, zamurujecie gębę, czy nie? Adyć to jak w młynie, wstydźcie się, matko! Idźcie oto, przynieście butelkę miodu i wstąpcie po Marcychnę do Panny Marii, pewno się tam modli jeszcze biedactwo.
— Przenajświętsza Panno! Idę, już idę — niechętnie