Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 65
— Ano, nie bójta się, dzieci! Zbierzemy się jeszcze swoi, zbierzemy, bo pan Paweł, choć to paniątko prawdziwe, nie tak jak ten tam Gulmańcewicz, koń Pana Jezusa, ale widzicie, jemu raźno z nami, bo to serce bije mu jak u nas: prosto i bez obłudy — rzekł pokazując na swoje piersi zakonnik, który przy każdej sposobności musiał uczcić Gulmańcewicza jakim dodatkiem wyrazistym.
Nadeszła niebawem Marcysia. Wprawdzie nie napiekła wiele raków, według mylnych przewidywań Jakubowej, ale zadziwiła się bardzo przyjemnie, ucieszyła się nadzwyczaj, jakby z powrotu brata; doznała jednak wrażeń żywszych na widok przystojnego bardzo mężczyzny, w którego oczach, śmiało na nią patrzących, znać było otwartość, wolę i rozum. Nie był to ów mimowolny, magnetyczny pociąg, owa tęsknota urocza, co przy pierwszym zaraz widzeniu i czytaniu przygód Telemaka z Marcelem — rwała się z jej duszy, ale po chwilowej rozmowie z Józiakiem straciła do niego śmiałość dawną i często spojrzenie w inną zwracała stronę. Kiedy już odszedł, czarne, ogniste oczy jego długo widziała przed sobą i słyszała mocne, wyraziste brzmienie głosu. Bywał potem u nich prawie codziennie, nie mogła ośmielić się jednak i prawie z bojaźnią namyślała się nad każdą swoją odpowiedzią, nad każdym słówkiem nieledwie.
— No i cóż tam, Marcyś — choroba, jak urodziwy nasz Józiak, jakże ci się udał? — pytał często stary w ten sposób lub inaczej.
— Ano — dodawał ojciec Jakub, który także codziennie Szczepaniaków odwiedzał — którejż by się nie udał, chłopiec jak anioł — albo nie?
— Tak, tatuniu, przystojny bardzo; ojcze Jakubie, poczciwy jak dawniej — odpowiadała niewyraźnie.