Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 67
Radosna ta pokora, cześć serdeczna, tak. właściwa nie tylko naszemu ludowi, ale mniej więcej wszystkim słowiańskim, choćby Paweł nigdy jej nie przyjął, nie miałaby nic poniżającego, bo natchnęłaby ją wdzięczność, nie obawa i poniżyć by mogła chyba tego, co by sądził, że się mu należy.
Marcychnie raczki przepowiedziane przez Jakubowę teraz się dopiero aż nadto sprawdziły. Józiak, starodawnym zwyczajem do nóg upadłszy Szczepaniakowi, zwrócił się potem do swojej przyszłej, pocałował w rączkę... Jakubowa wycięła jakiś dwójznacznik o buziaku, oblała się szyja i ramiona kowalczanki żywym rumieńcem, ale dopiero o szarej godzinie, co wkrótce nastała, na różowych ustach dziewczęcia sprawdził się dwójznacznik.
— Adyć to pojutrze już Wilia, Marcychno... patrzaj no! Wielmożny pan budowniczy przypomina sobie... Józiak, pamiętasz, jakeśmy cztery lata temu siedzieli przy tym stole razem? Choroba... Jak się pozmieniało ludzisków siła, ino dobrzy zawżdy ci sami. Panisko kochane, z przeproszeniem łaski pańskiej, może nie pogardzi nami, połamiemy się opłatkiem i do siego roku, panie budowniczy.
— Z duszy serca, majstrze poczciwy, obchodzić będziemy przy tym zaręczyny, za trzy tygodnie od Nowego Roku wyjdą zapowiedzie, a potem weselisko — odrzekł Paweł ochoczo.
— Ano... może tam dominatio vestra wstawi się za mną łaskawie u ojca prowincjała, żeby mi w Wilię wyjść pozwolił wieczorem, to i ja z państwem chwilę bym razem pobawił. A co? nie mówiłem, kumie Szczepanie, że się zbierzemy jakoś swoi znowu?
— To wszystko kochany nasz pan budowniczy sprawił, Bóg zapłać panu! I Maciusia z żoną trza będzie zaprosić, Marcychno! Choroba tylko... wielmożny