Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 68
panie budowniczy, bo to baba jego, jak nie przymierzając Jakubowa, lubi czasami łyknąć.
— Sam pójdę zaprosić Maciusia, jeśli pozwolicie, ojcze, a choćby Fidrykowa podochociła sobie w nasze zaręczyny...
— Przenajświętsza Panno Sokalska, czyż to grzech raz do roku, panie Józefie? — wtrąciła Jakubowa słuchając pod piecem.
— Da Bóg, może i ja się zwlokę z pościeli!
— Ach, tatuniu, tatuniu, żeby wam jeszcze Bóg najwyższy dał zdrowie, to by mi do szczęścia nic już nie brakło! — zawołała z płaczem po odejściu ich Marcysia tuląc zapłonioną twarz do ramienia ojca.
— Choroba tam staremu zdrowie wróci. Sładniej stracić niż odzyskać, moje dziecko! Dziękować i tak Panu Bogu Wszechmogącemu, żem się aby uspokoił o ciebie, sierotko; że będziesz se miała człowieka całą gębą, a nie jakiegoś tam świszczypałkę, niech go najjaśniejsze pioruneczki! Widzisz, gada oto po francusku, może lepiej niż tam ktoś, a nic sobie z tego nie robi. Marcysia zadumała się nagle, wspomnienie pierwszego uczucia odbiło się w pamięci i sercu, jak wschód słońca we Wiśle, który tak często widywała z okienka. Ale postać Gulmańcewicza, obłudnego, spodlonego i stokroć brzydszego od Józiaka wyłączyła z myśli uroczych, które wkrótce innym, niby spokojniejszym, ale wrażliwszym zapłonęły ogniem: płomień jego czuła jeszcze na ustach i rumianych jagodach.
 
IV
Zasrebrzały jasne gwiazdki w narodziny Dzieciątka Bożego — i gromadka kilku kornych, wiernych wyznawców Jego słowa zebrała się w domku na Głębo-