Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 7
— W domu państwa dobrodziejstwa bywa niejaki pan Marceli Gulmańcewicz... prawda?
— Brat wujeczny pana Sarmiewicza? Tak jest! bywa! — odparła Aniela ze zdumionym uśmiechem.
— Otóż pani łaskawa daruje, ale zamiast bezimiennego listu wolę wprost przestrzec panią, że po całym już mieście gadają, iż któraś z dam tutejszych jest dla niego przychylna, bardzo przychylna.
Aniela uśmiechnęła się patrząc na błyszczące, kocie oczy i ożywioną cerę Jabłuszkowej.
— Wiedzą wszyscy, że pisuje listy, odbiera odpowiedzi i miewa nawet schadzki.
— Może z panną służącą albo młodszą, ode mnie lub od macochy. Dziękuję pani za przestrogę, każę Grzybińskiej pilnować tych dam — odrzekła Aniela jeszcze z uśmiechem i wstając dała do zrozumienia, że posłuchanie skończone.
— Pani łaskawa raczy mi nie brać za złe mojej śmiałości, bo tu idzie nie o mnie, ale może o życie narzeczonej pana Gulmańcewicza, dla której ma najświętsze obowiązki... Jest to panienka, prawda nie z wielkiego rodu, córka kowala Szczepaniaka z Głębokiej ulicy, ale bogobojne, poczciwe stworzenie. Będąc w tych dniach w kościele, wydało się jej zapewne, że którejś z pań pan Marcel najwyraźniej włożył w mufkę bilecik. Dowiedziawszy się prócz tego innych szczegółków śmiertelnie się rozchorowała, bo temu także nie można zaprzeczać, że pan Marcel od rana do wieczora chodzi pod oknami tego domu i cztery razy na dzień bywa u kogoś.
— Zapewne u kuzyna swojego, pana Sarmiewicza.
— Że pisuje listy... przepraszam panią, do jakiejś Karoliny! — zawołała Jabłuszkowa przeszywając ją wzrokiem.
— To już widzi pani, że nie do mnie, bo mnie na
— Brat wujeczny pana Sarmiewicza? Tak jest! bywa! — odparła Aniela ze zdumionym uśmiechem.
— Otóż pani łaskawa daruje, ale zamiast bezimiennego listu wolę wprost przestrzec panią, że po całym już mieście gadają, iż któraś z dam tutejszych jest dla niego przychylna, bardzo przychylna.
Aniela uśmiechnęła się patrząc na błyszczące, kocie oczy i ożywioną cerę Jabłuszkowej.
— Wiedzą wszyscy, że pisuje listy, odbiera odpowiedzi i miewa nawet schadzki.
— Może z panną służącą albo młodszą, ode mnie lub od macochy. Dziękuję pani za przestrogę, każę Grzybińskiej pilnować tych dam — odrzekła Aniela jeszcze z uśmiechem i wstając dała do zrozumienia, że posłuchanie skończone.
— Pani łaskawa raczy mi nie brać za złe mojej śmiałości, bo tu idzie nie o mnie, ale może o życie narzeczonej pana Gulmańcewicza, dla której ma najświętsze obowiązki... Jest to panienka, prawda nie z wielkiego rodu, córka kowala Szczepaniaka z Głębokiej ulicy, ale bogobojne, poczciwe stworzenie. Będąc w tych dniach w kościele, wydało się jej zapewne, że którejś z pań pan Marcel najwyraźniej włożył w mufkę bilecik. Dowiedziawszy się prócz tego innych szczegółków śmiertelnie się rozchorowała, bo temu także nie można zaprzeczać, że pan Marcel od rana do wieczora chodzi pod oknami tego domu i cztery razy na dzień bywa u kogoś.
— Zapewne u kuzyna swojego, pana Sarmiewicza.
— Że pisuje listy... przepraszam panią, do jakiejś Karoliny! — zawołała Jabłuszkowa przeszywając ją wzrokiem.
— To już widzi pani, że nie do mnie, bo mnie na
www.distill.pl