Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 70
mienia, na którym zarabiają i żyją z niego... Nie podobna znowu, aby wszyscy mieli być nieżyczliwi... Skoro który z tych rajzenderów nakarmi się naszą pszeniczką i żytem, a przypadkiem jeszcze weźmie za żonę Polkę, to sam w trzech czwartych przyswoi się, polubi nas, a dzieci już duszą i sercem nasze, tylko nazwa obca.
— Pan budowniczy gada, z przeproszeniem, jak z książki, i zawsze spieram się oto z moim Maciusiem, albo to Fidryczek Szwab, niedowiarek, co? — zagadnęła pani eks-Fidrykowa.
— Ano wasz Fidryczek poszedł za wami, ministranturę umie expedite... i prawda to, panie budowniczy, co pan powiedział, aleć i dzieci onych rajzenderów zawsze pół diabłem trącą, bo to nie chodzi do kościoła z nami, nie spowiada się, kazania nie słucha u nas! — zawołał zakonnik.
— Zawsze jednak czczą naukę Zbawiciela, tę samą co i my — wtrącił Józiak.
— Niech ich tam zresztą najjaśniejsze pioruneczki, nie zatrzasną, ojcaszku! Ale, z przeproszeniem łaski pana, czy to oni jedni nam przeszkadzają?...
— Ma się wie, ku-kumie Szczep-szczepanie, małoż to Moś-ków, Faj-bu-busiów i ta-ła-ła-łajstwa przeróżnego, pejsa-satego!
— Spomiędzy nich nie ci przeszkadzają, co pracują, tak samo oni biedni ludzie jak wszyscy pracownicy i niezbyt ich wielu, a rzemiosłom nigdy nie zaszkodzi współubieganie się innych... Gdy kto zabiegle potrafi chodzić koło swojego, sumienniej się mu poświęci, prawie zawsze będzie górą... ale ci, co nie pracując żyją z przebiegu, z szacherki, ze krwi i potu bied-