Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 71
nego, szkodliwi są bez zaprzeczenia dla nas i dla siebie. Potępiając ich jak najsłuszniej, nie zapomnijmy jednak sami uderzyć się w piersi... Panowie i biedacy, szlachta, lud i mieszczanie — wszyscy pragniemy żyć nad stan, każdy z nas ma żyłkę próżniactwa, lekkomyślności, którą grzeszy, za którą prędzej czy później musi odpowiedzieć, a kiedy raz popadnie w ręce żydowskie, nie wyśliźnie się tak prędko — rzekł Paweł.
— Ano, co znowu prawda, to prawda! Widzim źdźbło w oku bliźniego, a w swoim belki nie dostrzeżem, chociaż ano zawdy uczciwsi my bliźni od nich.
— Niechże Bóg broni, żeby miało być inaczej; nie byłoby wtedy po co żyć na tej ziemi! — zawołał Paweł.
— A gdybyśmy się ostro trzymali za ręce i postanowili nie dać się oszukiwać, to by nas nie oszukiwano, Maciusiu! — wtrącił Józiak.
— Choroba tam, Józiaku! — rzekł Szczepaniak, jakoś coraz smutniejszy. — Wielmożny budowniczy galancie powiedział, żeśmy grubo winni i że w piersi trza się uderzyć... Ale, z przeproszeniem, zabaczył jeszcze, że u nas zawdy najtrudniej o zgodę, każdy chce ino po swojemu, a razem ani weź... Toteż niech wam Bóg błogosławi, dzieciaki, abyście z ludźmi bez swarów żyli i aby chociaż co Wilia zebrało się u nas kilku prawdziwie poczciwych człeczysków, jak, nie chwalący, oto wielmożny budowniczy, ojciec Jakub i my oto rzemieślnicy.
— Z czy-czystej krwi swojej, nie mieszań-szańcy żadni... to już teraz w Warszawie nie tak sładno — dodał Maciuś.
— Przenajświętsza Panno Sokalska, a Jakubowa, stara żołnierka, to niepoczciwa?
— Ano, toćże o Marcysi i o majstrowej nie wspomniał kum Szczepan. Ano i choć ludzie mówią: „Gdzie