Domek przy ulicy Głębokiej cz. 5 (Wolski Włodzimierz)
Strona 72
diabeł nie może, babę wysyła", daj, Boże, aby wszystkie stare miały ino wasze wady, matulu!
— Merci! — odrzekła przykładając ręką do czoła.
— I nie piąć się, dzieci, żyć ze swoimi, nie zadzierać nosa, bo niech je pioruneczki, jak to boli, kiedy się człowiek złapie, kiej mucha na lep... Szedł ze szczerym sercem, a tu mu w serce naplwają; podzieliłby się koszulą ostatnią, a tu go za drzwi chcą wytaszczyć, jakby dziada o proszonym chlebie — ciągnął dalej, Szczepaniak zamyślając się posępnie, a nie chcąc przy Pawle wymienić nazwiska jego kuzynów.
— Co tam, tatuniu, o smutnych wspominać rzeczach, Bóg łaskaw na nasz, że nam dał tylu życzliwych przyjaciół... Są drudzy, co i tego nie mają — dodała żywo Marcysia przyciskając do serca rękę Józiaka.
— Aj, choroba, dzieweczko, masz słuszną rację! Człek się tam starał w życiu, jak mógł, po ludzku wychodzić — toteż za to może i nie powiedzą o Szczepaniaku, kiej pojedzie do nieboszczki na Powązki, żeby skrzywdził kogo. Boć to człek nie wieczny i dziś, i jutro nie jego, a poczciwi oto przyjaciele dadzą mu przecie dobre słowo. Górą Krakowiacy! Ejże, ino po skalmiersku, daj nam, Panie Boże, zdrowie! — zawołał ze wzruszeniem, siląc się widocznie na wesołość.
Drżącą ręką nalał drugim miodu, a sam próżną trącił szklanką, bo już od jednej tylko poprzedniej zaczęły mu coraz bardziej na twarz Występować sinawe plamy. Nagle wstrząsnął się jakoś.
— Wstańmy już! — szepnął Paweł do ojca Jakuba wskazując na twarz starego.
— Bóg zapłać, panie budowniczy, i wam, ojcaszku, Maciusiu. Aj, choroba! Marcysia! Józiak! — zawołał nagle zmienionym głosem, kiedy się podnosił — dajcie no mi ręce, dzieci, coś mi słabo znów, ćmi się w oczach, jak młotem wali do głowy. W imię Ojca
— Merci! — odrzekła przykładając ręką do czoła.
— I nie piąć się, dzieci, żyć ze swoimi, nie zadzierać nosa, bo niech je pioruneczki, jak to boli, kiedy się człowiek złapie, kiej mucha na lep... Szedł ze szczerym sercem, a tu mu w serce naplwają; podzieliłby się koszulą ostatnią, a tu go za drzwi chcą wytaszczyć, jakby dziada o proszonym chlebie — ciągnął dalej, Szczepaniak zamyślając się posępnie, a nie chcąc przy Pawle wymienić nazwiska jego kuzynów.
— Co tam, tatuniu, o smutnych wspominać rzeczach, Bóg łaskaw na nasz, że nam dał tylu życzliwych przyjaciół... Są drudzy, co i tego nie mają — dodała żywo Marcysia przyciskając do serca rękę Józiaka.
— Aj, choroba, dzieweczko, masz słuszną rację! Człek się tam starał w życiu, jak mógł, po ludzku wychodzić — toteż za to może i nie powiedzą o Szczepaniaku, kiej pojedzie do nieboszczki na Powązki, żeby skrzywdził kogo. Boć to człek nie wieczny i dziś, i jutro nie jego, a poczciwi oto przyjaciele dadzą mu przecie dobre słowo. Górą Krakowiacy! Ejże, ino po skalmiersku, daj nam, Panie Boże, zdrowie! — zawołał ze wzruszeniem, siląc się widocznie na wesołość.
Drżącą ręką nalał drugim miodu, a sam próżną trącił szklanką, bo już od jednej tylko poprzedniej zaczęły mu coraz bardziej na twarz Występować sinawe plamy. Nagle wstrząsnął się jakoś.
— Wstańmy już! — szepnął Paweł do ojca Jakuba wskazując na twarz starego.
— Bóg zapłać, panie budowniczy, i wam, ojcaszku, Maciusiu. Aj, choroba! Marcysia! Józiak! — zawołał nagle zmienionym głosem, kiedy się podnosił — dajcie no mi ręce, dzieci, coś mi słabo znów, ćmi się w oczach, jak młotem wali do głowy. W imię Ojca
www.distill.pl